NaszKraj.info

Wiadomości i ciekawostki z kraju i ze świata

Zdarzają się wśród nas profesjonalni magnetyzerzy, tacy jak pan. Co różni ich od ogółu śmiertelników? Nasz świat pełen jest różnorodnych, wibrujących fal, a niektóre z nich umożliwiają istnienie życia i podtrzymują je. Mam na myśli życie ludzkie, zwierzęce i roślinne. Uwa­żam, że ludzi można podzielić na trzy podstawowe kategorie.

Do pierwszej należą ludzie nieświadomie wychwytujący i gromadzący łatwiej niż inni pozytywną i dobroczynną ener­gię, która ich otacza. Ci ludzie są magnetyzerami.

Druga kategoria obejmuje osoby sprawnie wychwytujące tę energię, ale nieumiejące jej magazynować. Im energia po­zwala cieszyć się dobrym zdrowiem.

I wreszcie trzecia kategoria, do której zaliczamy ludzi wy­chwytujących, ale natychmiast wytracających energię pozy­tywną. Powiedziałbym, że te osoby mają niemal skłonność do gromadzenia energii negatywnych, co wyjaśnia, dlaczego są słabego zdrowia i często chorują.

 

Często zdarzało mi się obserwować, że chore zwierzęta szukają bliskości, kontaktu. Dowodzi to, że magnetyzm nie jest wyłącznie formą oddziaływania na psychikę jednostki. Ponieważ zwierzę kieruje się instynktem, który wiedzie je ku temu, kto może mu pomóc i przynieść ulgę.

Czym jest pańskim zdaniem magnetyzm?

Sądzę, że magnetyzm jest rodzajem energii, życiodajnym fluidem, który posiada każda istota żywa - człowiek, zwierzę czy roślina - i który jest nieodzowny do życia. To potencjał energetyczny każdego bytu. Kiedy krążenie tego potencjału energetycznego jest złe (niedobór lub nadmiar), organy, które nie otrzymują wystarczającej energii witalnej, przestają pra­widłowo wypełniać funkcje, do których zostały stworzone. Harmonia wewnętrzna organizmu ulega rozchwianiu, docho­dzi do dysfunkcji i wówczas pojawiają się zaburzenia zwane funkcjonalnymi. Taka dolegliwość funkcjonalna, jeśli nie zo­stanie skutecznie wyleczona, może przygotować środowisko sprzyjające poważnym chorobom.

Jednym z głównych sprawców tego chaosu energetyczne­go jest niewątpliwie współczesny tryb życia, zwłaszcza w rytmie wielkomiejskim (stres, przemęczenie, nieprawidło­we odżywianie, diety...).

Jeżeli spojrzymy na ciało ludzkie jak na nierozdzielną ca­łość, w której każdy organ pełni ściśle określoną rolę i pozo­staje we współzależności od innych, zrozumiemy, że każdą istotę żywą należy traktować jako całość. I właśnie w takiej sytuacji magnetyzm odegrać może główną rolę, gdyż nasyca­jąc magnetyzmem całe ciało pacjenta, dostarcza mu się nowej energii, którą organizm pacjenta wchłania i dzieli - zależnie od potrzeb - między kilka narządów lub oddaje jednemu.

Przede wszystkim w przypadkach zaburzeń funkcjonal­nych magnetyzm daje wspaniałe efekty, ponieważ oddziałuje bezpośrednio na przyczynę choroby, nawet jeżeli magnetyzer dokładnie jej nie zna. Lecz jeśli chory narząd jest poważnie i w sposób nieodwracalny uszkodzony, nie zdoła wchłonąć nowej energii, która jest mu dana - wtedy harmonia ulega zburzeniu, a choroba trwa i uporczywie się rozwija. W takich przypadkach magnetyzm jest, niestety, bezużyteczny.

Według mnie magnetyzm ma trzy podstawowe zalety:

-    przywraca organizmowi siły witalne,

-    przywraca równowagę układu nerwowego,

-    koi bóle.

Takie rozumienie magnetyzmu jest jedynym, jakie mogę zaprezentować, mając za sobą dziesiątki lat praktyki i do­świadczeń w tej dziedzinie. Bez względu na teorie gotów je­stem zawsze poddać się najrozmaitszym eksperymentom, o  czym przekonał się pan, gdy przeprowadzaliśmy wraz z profesorem Rocardem testy z miernikami efektu Kirliana, którym zostałem poddany.

Co pan sądzi o słowie „uzdrowiciel”, stosowanym w od­niesieniu do magnetyzerów?

Nie lubię tego określenia, ale trzeba je zaakceptować, po­nieważ jest używane od najdawniejszych czasów. W rzeczy­wistości nikt na tym świecie nie ma mocy uzdrawiania ze wszystkich chorób. Skoro uzdrowicielem nazywa się magne- tyzera, to przecież można tak nazwać internistę, chirurga, dentystę, znachora, specjalistę w zakresie akupunktury... po­nieważ oni także przynoszą ulgę i leczą. Jako człowiek wie­rzący myślę, że tylko Bóg może pretendować do tytułu uzdrowiciela, ponieważ tylko on jeden potrafi wszystko ule­czyć.

W jakich okolicznościach po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę ze swego magnetyzerskiego daru?

Mój syn był bardzo chory. Równolegle do klasycznej tera­pii lekarskiej poddawaliśmy go magnetoterapii. Pewnego dnia magnetyzer powiedział do mnie: „Sam może pan leczyć j-jnw £¡0*00? jn, K<-> mn rmn silny maenetvzm!” Nie uwierzyłem mu. W jakiś czas potem poznałem Mauri- ce’a Messegue i zaprzyjaźniliśmy się. I od niego usłyszałem te słowa: „Ma pan niezwykły magnetyzm! Pańskim obowiąz­kiem jest podzielić się nim z innymi”. Właśnie wtedy zaczą­łem wierzyć, że to prawda, i podjąłem pierwsze próby na rodzinie i przyjaciołach. Szło mi doskonale. Prosiłem „pa­cjentów” o zachowanie dyskrecji, nie chciałem bowiem, że­by ta wieść się rozeszła, zanim będę całkowicie przekonany o  swych możliwościach. Był rok 1976, miałem trzydzieści siedem lat.

Wszystko działo się w Gers, w sercu Gaskonii, krainy ra­dości życia, ojczyzny d’Artagnana i Maurice’a Messegue, dzięki którym nasz region zyskał tak wielką popularność.

Przez blisko trzy lata podejmowałem próby na wszelkich chorobach, jakie dotknęły ludzi z mojego bliższego i dalsze­go otoczenia, jeśli tylko istniała szansa, że magnetyzm okaże Co pan sądzi o słowie „uzdrowiciel”, stosowanym w od­niesieniu do magnetyzerów?

Nie lubię tego określenia, ale trzeba je zaakceptować, po­nieważ jest używane od najdawniejszych czasów. W rzeczy­wistości nikt na tym świecie nie ma mocy uzdrawiania ze wszystkich chorób. Skoro uzdrowicielem nazywa się magne- tyzera, to przecież można tak nazwać internistę, chirurga, dentystę, znachora, specjalistę w zakresie akupunktury... po­nieważ oni także przynoszą ulgę i leczą. Jako człowiek wie­rzący myślę, że tylko Bóg może pretendować do tytułu uzdrowiciela, ponieważ tylko on jeden potrafi wszystko ule­czyć.

W jakich okolicznościach po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę ze swego magnetyzerskiego daru?

Mój syn był bardzo chory. Równolegle do klasycznej tera­pii lekarskiej poddawaliśmy go magnetoterapii. Pewnego dnia magnetyzer powiedział do mnie: „Sam może pan leczyć syna nie gorzej niż ja, bo ma pan silny magnetyzm!” Nie uwierzyłem mu. W jakiś czas potem poznałem Mauri- ce’a Messegue i zaprzyjaźniliśmy się. I od niego usłyszałem te słowa: „Ma pan niezwykły magnetyzm! Pańskim obowiąz­kiem jest podzielić się nim z innymi”. Właśnie wtedy zaczą­łem wierzyć, że to prawda, i podjąłem pierwsze próby na rodzinie i przyjaciołach. Szło mi doskonale. Prosiłem „pa­cjentów” o zachowanie dyskrecji, nie chciałem bowiem, że­by ta wieść się rozeszła, zanim będę całkowicie przekonany o  swych możliwościach. Był rok 1976, miałem trzydzieści siedem lat.

Wszystko działo się w Gers, w sercu Gaskonii, krainy ra­dości życia, ojczyzny d’Artagnana i Maurice’a Messegue, dzięki którym nasz region zyskał tak wielką popularność.

Przez blisko trzy lata podejmowałem próby na wszelkich chorobach, jakie dotknęły ludzi z mojego bliższego i dalsze­go otoczenia, jeśli tylko istniała szansa, że magnetyzm okaże się pomocny. Potem, w roku 1978, wobec coraz liczniejszej grupy chorych, którzy się do mnie zwracali (a których leczy­łem bezpłatnie), uświadomiłem sobie, że nie zdołam dłużej osobiście prowadzić firmy założonej w roku 1963 i wykony­wać pracy „nieprofesjonalnego magnetyzera”. Postanowiłem wycofać się z zawodu i poświęcić bez reszty niesieniu pomo­cy innym. Jako człowiek boleśnie doświadczony ciężką cho­robą dziecka, doskonale wiedziałem, czym jest strach i pa­raliżujący lęk przed jutrem, jakich zaznaje się w takich sytuacjach. Dlatego uznałem za swój obowiązek podzielić się z chorymi daną mi mocą uzdrawiania.

Jak wyjaśnia pan fakt, że „ma pan magnetyzm”?

Tym trudniej mi to pojąć, że nigdy nie zetknąłem się z ta­ką mocą wśród krewnych; być może któryś z moich przod­ków posiadał ją, nie zdając sobie z tego sprawy. Podobnie ja mógłbym nie dowiedzieć się o tym do końca życia.

Myślę jednak, że moim przeznaczeniem było wykonywać tę pracę, ponieważ zanim jeszcze uświadomiłem sobie, jaki posiadam dar, zawsze bardziej troszczyłem się o innych niż

o siebie. Zawsze z radością pomagałem tym, którzy tego po­trzebowali, chciałem być przydatny.

Nie potrafię odmawiać, gdy ktoś mnie o coś prosi, jeżeli oczywiście spełnienie tej prośby nie przekracza moich moż­liwości.

Posiadanie daru, szczere zainteresowanie bliźnim, lojal­ność i odpowiedzialność mogą-jak mi się wydaje - sprawić, że jest się dobrym magnetyzerem. Mówię to, odrzucając fał­szywą skromność.

A zatem, posiadając te cechy, ciesząc się doskonałym zdrowiem, tryskając niewyczerpaną energią, z pewnością miałem wszystko, czego trzeba, aby zostać zawodowym ma­gnetyzerem.

Często powtarzam sobie: „Dlaczego właśnie ja posiadam tę moc?” Jako człowiek wierzący, myślę, że Bóg tak postano­wił, a przecież to On decyduje o naszym życiu i prowadzi każdego ku jego przeznaczeniu.

Są ludzie obdarzeni zdolnościami muzycznymi, malarski­mi, szczególnymi predyspozycjami do zawodu lekarza czy pracy pisarza, więc dlaczego inni nie mieliby wykazywać ta­lentu jako magnetoterapeuci? To jedna z wielkich tajemnic tego świata.

Czy to misja powierzona nam przez Boga? Czy może na­groda, którą nam dał? Szczerze mówiąc, nie wiem. Jedno jest pewne. Wypełniam tę pracę, wkładając w nią serce i zaangażo­wanie, i z biegiem lat jestem coraz głębiej przekonany, że uro­dziłem się, aby to robić. Najważniejsza jest dla mnie możli­wość spieszenia z pomocą, niesienia ulgi, uzdrawiania bliź­nich. Odczuwam radość, mogąc spełniać nadzieje, które pokła­dają we mnie pacjenci, uwalniać ich od bólu i cierpienia. Każ­dy sukces jest dla mnie źródłem radości, każde niepowodzenie pogrąża w smutku. Jestem zadowolony z życia w zgodzie ze sobą, ponieważ mam świadomość, że w każdym dniu danym mi przez Boga ja sam ofiarowałem coś dobrego bliźniemu.

Jakie techniki stosuje pan, lecząc zwracających się do pana pacjentów?

Magnetyzuję dłońmi, albo dotykając ciała pacjenta, albo trzymając ręce w odległości dziesięciu centymetrów. Na ogół proszę, aby położyć się na leżance, a ja zaczynam seans od wsunięcia rąk pod potylicę pacjenta, następnie dotykam czo­ła i skroni, aby jak najsilniej wpłynąć na przysadkę. Konty­nuuję powolnymi ruchami od głowy do nóg, szczególny na­cisk kładąc na najsilniej dotknięte chorobą narządy. Kiedy pacjent już stoi, „oswabadzam” jego głowę szybkimi passa­mi, potem passami wolnymi magnetyzuję jego plecy, a zwła­szcza kręgosłup, aby zakończyć na stopach.

Długość seansu jest zmienna, zależnie od leczonego przy­padku i od samego pacjenta. Na ogół seans trwa około pięt­nastu minut, często jednak zdarza mi się odbywać dłuższe, jeżeli czuję, że jest to naprawdę konieczne i że seans może mieć znaczenie w „odblokowaniu” pacjenta. Muszę wyznać, że w początkowym okresie /trary yyjjksiąynak&n do odbywania zbyt długich seansów, co wywoływało u cho­rych gwałtowne i dotkliwe reakcje. W rzeczywistości dopie­ro kiedy pacjent znajdzie się „w rękach” terapeuty, ten może wyczuć moment, w którym powinien zakończyć seans.

Jakie warunki są panu potrzebne do przygotowania se­ansu?

Na szczęście posiadam zdolność szybkiej regeneracji sił, co sprawia, że nie muszę ani odpoczywać, ani koncentrować się przed seansem. Kiedy zaczynam dzień pracy, jestem fi­zycznie i umysłowo przygotowany na wytrwanie do końca i wystarczają mi dziesięciominutowe przerwy po mniej wię­cej dwóch godzinach przyjmowania chorych. W dni wolne natomiast czuję, że magnetyzowanie przychodzi mi z więk­szym trudem (w te dni zdarzają się także nagłe wypadki), po­nieważ wtedy niemal całkowicie się „wyłączam”. To jedna z przyczyn, dla których staram się przyjmować pacjentów tylko wcześniej umówionych, bo w dniach konsultacji bez re­szty oddaję się pracy i gotów jestem zmierzyć się z najtrud­niejszymi przypadkami.

Czy ma pan własną filozofię magnetyzmu, jego kon­cepcję?

Najpierw pozwalam pacjentowi przedstawić swój pro­blem. Słucham go, nie przerywając, dopóki ma ochotę mówić, ponieważ w ten sposób najskuteczniej uzyskuje on swobodę. Potem pytam, czy zasięgał porady lekarskiej, jaką postawiono diagnozę, czy przestrzegał zaleceń lekarskich, a wreszcie sugeruję kurację, której powinien się poddać. Na­stępnie staram się go jak najskuteczniej przekonać do kuracji, zwłaszcza jeśli wyczuwam jego sceptycyzm. Namawiam go, aby wziął na siebie część odpowiedzialności. Przytaczam

przykłady wyleczeń w podobnych przypadkach. Uprzedzam go także przed ewentualnymi objawami ubocznymi, które mogą wystąpić w ciągu 48 godzin od zabiegu.

Analiza tych ewentualnych reakcji ubocznych często jest bardzo wymowna i pozwala mi trafniej uchwycić przyczyny schorzenia, na które cierpi pacjent, a także określić dalszy przebieg kuracji. Dzięki tej analizie niekiedy mogłem podwa­żyć diagnozę lekarską i uprzedzić lekarza prowadzącego, dzieląc się z nim spostrzeżeniami, których trafność lekarz na­stępnie potwierdza.

Uprzedzam także pacjenta, że choć uzdrowienia po jed­nym seansie często się zdarzają, nie jest to regułą. I wreszcie, jeśli diagnoza lekarska nie została postawiona, a ja widzę ta­ką konieczność, doradzam pacjentowi udać się do lekarza, aby taką diagnozę uzyskał.

Czy dla praktykowania magnetyzmu na chorych każdy moment jest równie dobry, czy może pewne chwile bardziej temu sprzyjają?

Magnetyzer powinien unikać magnetyzowania, gdy sam czuje się zbyt zmęczony i nie ma tej nadwyżki energii, która tworzy prawdziwy potencjał magnetyczny. Pacjent powinien być przyjmowany w dniach i godzinach, które mu odpowia­dają. Nie należy kazać mu czekać. Wtedy jest lepiej zdeter­minowany, a zatem i bardziej chłonny. Jeżeli natomiast spie­szy się do pracy i podejmuje „wyścig z czasem”, żeby zdążyć na terapię, albo jeśli za długo czeka, denerwuje się i traci część korzyści płynących z seansu. Każdy pacjent ma odmienną podatność na magnetyzm, inną wrażliwość. Czy wie pan, że zauważyłem u niektórych osób zmiany podatno­ści, które uzależnione są od faz księżyca?

W jakich przypadkach pańska terapia nie jest przydatna?

Gdy nie ustalono dokładnej diagnozy lekarskiej i nie wy­konano wszystkich koniecznych badań. Wówczas nie chcę interweniować, gdyż magnetyzm, kojąc ból, może zmienić obraz choroby, co sprawi, że zostanie postawiona błędna dia­gnoza lekarska, albo po prostu lekarz uzna, że pacjent jest zdrowy, podczas gdy w rzeczywistości rozwój poważnej cho­roby wciąż trwa.

Nie podejmuję terapii również wtedy, gdy uznam, że do­legliwość, która nęka daną osobę, wykracza poza zakres moich kompetencji. To zresztą najtrudniejszy problem dla każdego odpowiedzialnego magnetyzera - odmówić lecze­nia, wiedząc, że jest bezużyteczne, i umieć poinformować

o tym pacjenta taktownie, aby nie uznał, że jest nieuleczal­nie chory i nie ma już żadnej nadziei. Strasznie trudno mówić „nie”.

Nie wolno zapominać, że 90 proc. pacjentów, którzy się do nas zwracają, próbowało wcześniej wszelkich konwencjonal­nych metod leczenia, te jednak nie przyniosły oczekiwanych skutków. W ich oczach urastamy do rangi „cudotwórców”. Zresztą niemal połowa zwracających się do mnie osób mówi na powitanie: „Przyszedłem tu, bo jest pan moją ostatnią nadzieją!” Wobec takiego nastawienia należy unikać rozbu­dzania złudnych nadziei, ale raczej taktownie, jak najoględ­niej, wczuwając się w stan psychiczny chorego, pomagać mu, ale w żadnym razie nie wykorzystywać sytuacji.

Czy łączy pan magnetyzm z innymi technikami?

Tak, z fitoterapią. Maurice Messegue wprowadził mnie w jej tajniki, a jego wskazówki okazały się bardzo pomocne. Jestem mu za to głęboko zobowiązany.

Przy leczeniu wielu chorób fitoterapia wspomagana przez magnetyzm pozwala uzyskać znacznie szybsze efekty. Doty­czy to zwłaszcza zaburzeń w przyswajaniu i wydalaniu. Ma­gnetyzm może „odblokować” chore narządy, a zioła po mi­strzowsku dokonują oczyszczenia organizmu.

Warto zresztą dodać, iż najistotniejsze jest kupowanie ziół czy preparatów ziołowych o najwyższej jakości. Każdy kon­sument ma prawo domagać się ziół, których czystość jest gwarantowana, to znaczy posiadających odpowiednie atesty. Prawie wszystkie kraje Unii Europejskiej przyjęły odpowie­dnie oznakowanie (symbol LMR, czyli maksymalny limit osadów), które eliminuje rośliny niezdatne do spożycia. Jak dotąd na przykład we Francji nie podjęto w tej dziedzinie zdecydowanych działań, toteż rynek zarzucony jest ziołami niedopuszczonymi do sprzedaży w krajach sąsiednich. A środki ostrożności są konieczne, zwłaszcza odkąd część krajów-producentów znalazła się w strefie skażonej opadem radioaktywnym z Czarnobyla!

Już od przeszło trzydziestu lat Maurice Messegue zachęca do spożywania zdrowych ziół, informuje o ryzyku skażeń i wprowadza do handlu rośliny wolne od wszelkich niepożą­danych czynników. Dotąd przeprowadził ponad dziesięć ty­sięcy analiz laboratoryjnych.

Kiedyś uważano go za „nawiedzonego”. Obecnie wiele osób przywłaszcza sobie jego odkrycia i niemal domaga się monopolu na dostawę zdrowych ziół.

Czy praktykuje pan magnetyzm na odległość?

Nigdy! Odrzucam tę metodę, ponieważ według mnie naj­ważniejszy jest bezpośredni kontakt z pacjentem. Stanąć z nim twarzą w twarz, być w pobliżu niego - to znacznie bar­dziej wzbogacające i motywujące niż anonimowość fotogra­fii czy pukla włosów. Magnetyzm na odległość jest znacznie trudniejszy od magnetyzmu stosowanego w bezpośrednim kontakcie z pacjentem, jednak niektórzy wolą tę metodę, być może widząc w sobie więcej siły i talentu, niż ja sam znajdu­ję w sobie w jej praktykowaniu.

Kiedy pacjent zgłasza się na konsultację, leczę go, wkła­dając w to całe serce i siłę. Udaje mi się lub nie, wiem jed­nak, że uczyniłem wszystko, co w mojej mocy, żeby mu po­móc. Lecząc na odległość, nie zawsze można żywić takie przekonanie, a przede wszystkim proces wymyka się spod kontroli. Mam na to dowód w postaci listów z podziękowa­niami. Ileż osób wyznaje, że wcześniej zwracało się do tera­peutów leczących na odległość! Nigdy nie spotkały się ze swoim magnetyzerem, kontaktując się z nim tylko listownie. Całymi miesiącami chorzy na próżno oczekiwali na poprawę stanu zdrowia lub na wyleczenie, jednak nic się nie działo. Jeśli nie liczyć nadchodzących od czasu do czasu próśb o do­datkowe honoraria zą „wzmożonąpracę”. Jedno jest pewne - ta metoda otwiera możliwości przed nieuczciwymi magnety- zerami i rzuca cień na naszą profesję.

Czy proponuje pan pacjentom namagnetyzowane przedmioty?

Nie, ponieważ uważam, że jeśli pracujemy poważnie pod­czas seansów, magnetyzm leczniczy jest wystarczająco silny. Pacjent może czekać do następnej wizyty.

Proponując mu namagnetyzowany przedmiot, wyświad­czamy mu wilcząprzysługę, ponieważ pacjent, sądząc, że coś stale go wspomaga, nie czyni koniecznego wysiłku, by „wziąć się w garść”.

Ubolewam nad faktem, że trudno dziś znaleźć popularne czasopismo, w którym nie pojawiałyby się reklamy opiewa­jące zalety wszelkiego rodzaju gadżetów posiadających tak zwaną magnetyczną moc - naturalną lub wyjątkową. Jest to jedna ze stosowanych ostatnimi czasy prób zastąpienia ma­gnetyzmu ludzkiego lub zwierzęcego (któremu trzeba będzie w końcu nadać właściwą nazwę) rozmaitymi, czasem wyrafi­nowanymi urządzeniami. Mimo rozwoju techniki nic nie zdoła zastąpić zjawiska tak bardzo naturalnego, tak delikat­nego, opartego na intuicji, jak magnetyzm ludzki. Takie jest swoiste prawo wszechświata.

Najbardziej zasmuca mnie jednak fakt, że namagnetyzo­wane produkty są bez najlżejszego skrępowania oferowane przez terapeutów pacjentom. Odbywa się handel gadżetami

i  aparatami, które mają kryć w sobie niezwykłą magnetyczną moc. Jak, wobec tego procederu, możemy aspirować do ofi­cjalnego uznania naszej działalności?

Które z wyleczeń, jakie dane było panu osiągnąć, uznał­by pan za najbardziej spektakularne i poruszające?

To był chłopiec, Michel N. z Rombas w Mozeli. Miał wte­dy 14 lat. Rodzice, których nie znałem, zwrócili się do mnie telefonicznie.

W rozmowie opisali mi stan zdrowia chłopca, który pięć miesięcy wcześniej popadł w anoreksję. Żywił się wyłącznie sokiem pomarańczowym, którego pił pół litra dziennie, miał częste zawroty głowy, co uniemożliwiało mu funkcjonowa­nie, mógł mówić zaledwie przez kilka sekund na minutę, miał bezwładną prawą rękę, był w stanie przejść najwyżej cztery do pięciu kroków bez odpoczynku. Ponieważ rodzice nie chcieli przewozić syna, zgodziłem się, aby przyjechali po mnie w sobotni wieczór pod warunkiem, że w niedzielę przed dziesiątą rano odwiozą mnie do Rueil. Po raz pierwszy pod­dałem Michela terapii około północy. Trwało to godzinę. Po­wtórzyłem seans o szóstej rano. W drodze powrotnej rodzice nękali mnie pytaniami, czy wyleczę ich dziecko. Odparłem, że zrobiłem, co w mojej mocy, a teraz trzeba odczekać czte­ry, pięć dni, aby uzyskać efekt albo przynajmniej niewielką poprawę. Gdyby to nie nastąpiło, proponowałem podjąć dru­gą i ostatnią próbę po dwóch tygodniach.

We czwartek (a zatem po czterech dniach) około dziewią­tej rano zadzwonił telefon. Ku memu zaskoczeniu Michel N. osobiście oznajmił mi, że jest wyleczony.

Otóż kwadrans wcześniej całkowicie się „odblokował”. Nastąpiło to nagle, a chłopak powiedział tylko: „Mam wraże­nie, że coś ze mnie wyszło”.

Rozpłakałem się ze szczęścia, dziękując Bogu, że dał mi tę radość, a przede wszystkim, że Michel wyzdrowiał.

W dwa tygodnie później pojechałem do Rombas, jednak nie po to, żeby leczyć Michela, ale zaproszony przez jego ro­dziców, którzy chcieli mi pokazać, że ich syn jest już zdrowy. Byłem bardzo szczęśliwy. Właśnie wtedy uświadomiłem so­bie, że wykonuję najwspanialszy zawód świata!

Medycyna naturalna rozwija się coraz bardziej dyna­micznie, funkcjonując obok tradycyjnej. Co sądzi pan o tym zjawisku?

Z głębokim szacunkiem i podziwem odnoszę się do każde­go, kto poświęcił się medycynie, i szczerze żałuję, że nie ist­nieje między nami bliższa współpraca.

Dzięki inteligencji i pracy lekarze zdobyli ogromną wie­dzę. Dlatego mogą służyć pacjentom, wykorzystując wszyst­kie dobrodziejstwa, jakich co dnia dostarczają odkrycia nau­kowe.

My natomiast posiadamy dar (lub moc), który można uwa­żać za naturalny lub „nadprzyrodzony”. Jedno jest pewne: kiedy przekazujemy go pacjentom, przynosimy im ulgę lub uzdrowienie.

Jakie wobec tego znaczenie mają różnice przekonań czy wiary, skoro wszyscy pracujemy, kierując się tym samym pragnieniem - uwalniać bliźnich od cierpienia i bólu!

Trzeba bowiem pamiętać, że od pradawnych czasów lu­dzie pomagali bliźnim i leczyli ich poprzez zwyczajne nakła­danie rąk. Medycyna poczyniła ogromne postępy, co służy dobru ludzkości. Lecz pomimo tych postępów wciąż istnieje miejsce dla „praktyków”, jakimi jesteśmy.

Jestem więc przekonany, że medycyna oficjalna i medycy­na paralelna są w pełni komplementarne i że błędem byłoby rozdzielać je i uważać za konkurujące ze sobą. Wiele scho­rzeń zwanych funkcjonalnymi można skutecznie i szybko le­czyć poprzez magnetyzm, chroniąc harmonię organizmu pa­cjenta poddanego terapii. Tymczasem te same schorzenia leczone metodami konwencjonalnymi i oficjalnymi okazują się bardziej kłopotliwe. Zwłaszcza przy leczeniu silnymi środkami, które powodują skutki uboczne, mogą pojawić się nowe zaburzenia. Aby zilustrować tę opinię, posłużę się trze­ma przykładami, które wydają mi się najczęstsze i najbardziej przekonywające.

1) Półpasiec leczony magnetyzmem, tuż po pojawieniu się choroby, ustępuje często po jednym, a najwyżej po trzech se­ansach.

Bardzo często zdarza się, że przychodzą do mnie pacjenci od bardzo dawna cierpiący z powodu tej choroby (rekord wy­nosi siedem lat cierpienia). Wszystkie te osoby poddawano leczeniu wszelkimi możliwymi do wyobrażenia metodami, łącznie z naświetlaniem, którego skutkiem jest uśmiercanie komórek, a zatem czynienie ich niewrażliwymi na magne­tyzm.

2)  Lumbago lub ischias, jeżeli nie wchodzą w grę urazy mechaniczne lub uszkodzenia kości, poddają się magnetote- rapii po dwóch, trzech seansach.

W tym przypadku także zdarzało mi się leczyć osoby, które były „zablokowane” przez chorobę od dwóch, trzech miesięcy, i żadne środki przeciwzapalne, przeciwbólowe i in­ne, aplikowane im od początku choroby, nie pomogły, pod­czas gdy po sześciu dniach od pierwszego seansu pacjenci powracali do zdrowia.

3)    Migreny, którym często towarzyszą zawroty głowy, błyskawicznie leczy magnetyzm. Ostatnio wyleczyłem czter- dziestodziewięcioletnią kobietę, która cierpiała na potworne bóle głowy. Próbowała wszystkiego, ale nic nie przynosiło jej ulgi. Po trzech seansach bóle głowy zniknęły.

Gdyby istniała współpraca między lekarzami a magnetyzerami, ludzkości oszczędzono by wielu cierpień. Ponadto oszczędzono by wiele godzin i dni pracy (a co za tym Idzie - pieniędzy), straconych przez osoby, które celowo lub przez ignorancję lekceważą możliwości magnetyzmu.

Należy podkreślić, że magnetyzm, stosowany równolegle z kuracją medyczną, pomaga pacjentowi szybciej reagować na terapię I szyb­ciej wrócić do zdrowia. Tymczasem często zdarza się, że lekarze prowadzący pacjenta z zaskoczeniem obserwują szybki proces jego powrotu do zdrowia, chociaż ich doświadczenie zawodowe nie wska­zywało, by efekty mogły być tak błyskawiczne.

Niektórzy lekarze, słysząc od pacjenta, że równolegle poddaje się magnetoterapii, czują się zobowiązani przyznać, że ta metoda jest skuteczna.

Gdyby zatem lekarze I prawodawcy zechcieli głębiej rozważyć ten problem, zapewne zrozumieliby, że Istnieje rozwiązanie, które może usatysfakcjonować wszystkich:

1)   Należy sporządzić spis dobrych magnetyzerów, poddać Ich możliwości testom i dokonać klasyfikacji w zależności od tych możli­wości oraz (przede wszystkim) uzyskiwanych wyników.

2)   Lekafz, po postawieniu diagnozy, w przypadkach chorób, na które jego zdaniem nie ma skutecznej terapii, mógłby kierować pacjen­ta do wybranego przez siebie magnetoterapeuty, przedstawiając zale­cenia dotyczące metod postępowania w zależności od przebiegu cho­roby i stanu chorego. Następnie wspólnie stwierdzaliby, czy nastąpiło uleczenie. Niektórzy lekarze już tak postępują. W ten sposób lekarze mogliby sprawować kontrolę nad wszystkimi terapiami I porównywać Ich skuteczność, zarazem dając magnetyzerom okazję do niesienia ulgi chorym w uprawniony sposób. Magnetyzerzy nie narażaliby się już na oskarżenia o nielegalne praktyki medyczne.

Podsumowując, dodam, że nieustająca polemika między lekarzami a przedstawicielami medycyny naturalnej wydaje mi się świadczyć o lekceważeniu chorych, których nikt nie pyta, co sądzą o magneto­terapii. A w końcu to przecież oni wybierają tę terapię, którą uznają za najskuteczniejszą.

Kiedy są rozczarowani lub czują się wykorzystywani przez magnetyzera, otwarcie o tym mówią. Gdyby proponowane przeze mnie rozwiązanie zostało zastosowane w praktyce, pacjenci informowaliby swoich lekarzy o złych praktykach magnetyzerów. To z pewnością naj­lepszy sposób na eliminację czarnych owiec, które zdarzają się

w tym zawodzie.

Musisz się zarejestrować aby dodawać komentarze.

Kursy walut


Strona naszkraj.info powstała aby skupić w jednym miejscu ciekawostki o codziennym życiu, ciekawostki z polski i ze świata, skupia ona również informacje z polski a także świata. Zachęcamy zatem do czytania artykułów z dziedziny: informacje z polski oraz ciekawostki. Jeśli lubisz pisać, lub znasz jakąś ciekawą informację możesz ją opisać na naszej stronie, wystarczy że się zalogujesz i możesz korzystać nieograniczonych narzędzi dających możliwość dodawania artykułów w naszym serwisie.



opinie

Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych w naszych serwisie, dostosowania go do indywidualnych potrzeb każdego użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Akceptuję ciasteczka z tej witryny.

EU Cookie Directive Module Information