Blog

Pamiętnik z piekła

PRZECZYTAJ WSPOMNIENIA PAULA GRAHAME’A, ŻOŁNIERZA, KTÓRY W AFGANISTANIE CODZIENNIE RATOWAŁ ŻYCIE SWOICH KOLEGÓW, SAM NADSTAWIAJĄC KARKU I STAJĄC SIE TARCZĄ STRZELECKĄ DLA AFGAŃSKICH BOJOWNIKÓW

Paul Grahame przez pół roku służył w Afganistanie jako JTAC  specjalista monitorujący pole bitwy, kierujący ogniem artyleryjskim i nalotami samolotów, śmigłowców i dronów. To trudna praca  najmniejszy błąd, a JTAC rozpęta piekło w niewłaściwym miejscu, zabijając towarzyszy broni lub siebie  i niebezpieczna, bo wróg zna jego rolę i za wszelką cenę stara się go zabić. JTAC musi działać błyskawicznie i mieć stalowe nerwy i taki był Grahame  na jego konto zapisano ponad 200 zabitych wrogów. Wspomnienia Grahame’a „Cel namierzony”, uważane za najlepszą książkę wojenną o Afganistanie, trzymają w napięciu lepiej niż thriller. Poniżej zamieszczamy fragmenty opisu jednej tylko bitwy o Adin Zai, zachęcając do przeczytania całej książki.

LAS NIESPODZIANEK
Okolica sprawiała wrażenie zwodniczo spokojnej, choć w rzeczywistości przebywaliśmy na terenie wroga, gdzie ponoć ukrywało się sześciuset zaprawionych w walce czeczeńskich i pakistańskich bojowników  w każdym razie tak twierdził wywiad. Była szósta trzydzieści; bezpośrednio pod nami setka chłopaków z kompanii B 2. batalionu pułku MERCIAN przygotowywała się do marszu w kierunku lasu, prosto pod lufy nieprzyjaciela, który miał przewagę liczebną w stosunku sześć do jednego. My mieliśmy im pomóc wyrównać szanse. Tkwiąc na pustynnej grani, pozbawieni jakiejkolwiek osłony, przyciągaliśmy kule jak magnes. To miejsce dawało nam jednak świetny ogląd pola bitwy i w razie konieczności pozwalało wezwać wsparcie powietrzne, które zmiażdży przeciwnika. Jeszcze raz powiodłem wzrokiem wzdłuż linii drzew.
 Sticky, jak ci się wydaje…
Nie zdążyłem dokończyć zdania, bo z mrocznego lasu buchnął gwałtowny pomarańczowożółty snop światła jak błysk moździerza, tyle że poziomy i wycelowany wprost w naszą pozycję. Niemal natychmiast zawtórował mu drugi błysk. Dwie ciemne smugi o kształcie kręgli mknęły nad ziemią  pierwsza, jak mi się wydawało, obrała sobie za cel głowę Sticky’ego, a druga moją. Coraz bliżej i bliżej. Miałem wrażenie, że czas na moment stanął w miejscu. Zanurkowaliśmy w poszukiwaniu kryjówki. Gdy padliśmy na ziemię, dwie zawodzące głowice bojowe przecięły powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą staliśmy. Dym wylotowy silników rakiet RPG spowił nas gęstą mgłą. Śmierdziało jak w noc Guya Fawkesa, tylko że tym razem nie mieliśmy do czynienia z fajerwerkami. Te rakiety zostały zaprojektowane, by rozrywać ludzkie ciało na strzępy  by dziurawić i niszczyć pojazdy o wiele lepiej opancerzone od naszego vectora. Pociski minęły go o paręnaście centymetrów. O kurwa, pomyślałem tylko. Właśnie padła pierwsza salwa w bitwie o Adin Zai. (…)RPG!  krzyknąłem.  Pierdolony zespół RPG za linią drzew! Odwróciwszy się w stronę pola walki, oparłem o ramię kolbę karabinku SA 801 przytknąłem prawe oko do krótkiego pękatego celownika SUSAT. Czterokrotne powiększenie pozwoliło mi namierzyć nieprzyjaciela. Dym z dubletu RPG wciąż był widoczny między gałęziami. Naprowadziłem ostrą końcówkę siatki celowniczej w samo serce ciemnych kłębów i otworzyłem ogień, posyłając pocisk za pociskiem w pozycje bojowników. Zza pleców doleciał mnie krzyk:       Sticky, Bommer! Co wy tam, kurwa, robicie?! Bommer, zapierdalaj do wozu, trzeba ściągnąć A10 na te drzewa! Ksywkę „Bommer” dostałem od chłopaków z pułku Light Dragoons. Ponieważ pełniłem funkcję JTACa (wymawiane jak „dżejtek”), moja rola polegała na wzywaniu wsparcia samolotów wojskowych. Broni indywidualnej miałem używać w ostateczności. Problem w tym, że w większości przypadków było to całkowicie sprzeczne z naturalnym odruchem żołnierza.
WIEPRZ  ATAKUJE
Nie istniała lepsza metoda neutralizacji zespołów RPG niż A10, zwany „niszczycielem czołgów”. A10 były uzbrojone m.in. w montowane na dziobie siedmiolufowe działko systemu Gatlinga kalibru 30 mm o porażającej szybkostrzelności 3900 pocisków na minutę. Tak wielka siła ognia była w stanie zniszczyć czołg bojowy, a grupę rebeliantów z granatnikami RPG zamienić w talibskie puree. To właśnie nawigatorzy JTAC odpowiadają za „zamawianie bomb” w każdej sytuacji. To do nas należą identyfikacja i weryfikacja celu, wybranie odpowiedniego typu uzbrojenia i zadbanie, aby nasze siły znajdowały się w bezpiecznej odległości od miejsca ataku. Bez mojej ostatecznej zgody pilot A10 musiałby zaniechać ostrzału. Podchodzę  powtórzył przez radio. Proszę o zgodę na atak. Niemalże w tej samej chwili w stronę wozu pomknęła trzecia para rakiet RPG. Schyliłem się odruchowo, bo moją głowę i ramiona omiotła potężna fala uderzeniowa, kiedy pociski przemknęły nad otwartymi wieżyczkami vectora. O mały włos! Bez zmian w siłach własnych!  wrzasnąłem do słuchawki.  Zgoda na zrzut! Zrzut nadeszła odpowiedź. Atakuję. W tej chwili przestałem zwracać uwagę na ogień nieprzyjaciela, bo musiałem zobaczyć atak na własne oczy. Wydawało się, żeA10 niemal zawisł w powietrzu, gdy działko systemu Gatlinga otworzyło ogień. Rozległo się przeciągłe grzmiące brrrrrrrrrrrrzzzttt  ryk siedmiolufowego potwora niósł się echem po całej dolinie. Brzmiał prawie jak jedna z tych automatycznych maszyn do przeliczania bilonu w bankach, tyle że tysiąckrotnie wzmocniony. Każda sekunda nacisku na mechanizm spustowy oznaczała wyrzut kolejnych sześćdziesięciu pięciu pocisków kalibru 30 mm, które rozszarpywały cel. Poszatkowane gałęzie i fragmenty drzew, wymieszane z Bóg wie czym jeszcze, strzeliły wysoko w powietrze  zupełnie jakby Edward Nożycoręki zabrał się do roboty jakimś przerośniętym piekielnym sekatorem spalinowym. Pilot przerzedził las od jednego końca do drugiego, zanim wyciągnął maszynę z lotu nurkowego. Wieprz Dwa Dwa, pierwszorzędny ostrzał! Zakomunikowałem przez radio. Naprawdę kurewsko dobry! (…)Dwa WMIKi odjechały sprawdzić, co zostało ze stanowiska zespołu RPG. Przez radio meldowały, że na podszyciu widać mnóstwo krwi, ale nigdzie nie ma ciał. Wróg był dobry w odzyskiwaniu zwłok.
PRZEBIEGŁY WRÓG
Przez krótką chwilę cieszyliśmy się tym względnym spokojem na polu bitwy. Cisza przed burzą. Schyliłem się i przez otwartą wieżyczkę wyciągnąłem rękę po butelkę na mocz. Złota zasada każdego JTACa: nigdy nie marnuj okazji, by się odlać. Mysi Pęcherz uderza ponownie  zażartowałem. Ze wschodu doleciał cichy stłumiony huk eksplozji. Zaraz potem w grań uderzył pocisk moździerza. Trafił siedemdziesiąt pięć metrów na wschód od vec tora, a wybuch zasypał nas piachem i odłamkami skał. W oddali znów huknęło i zobaczyliśmy drugi obłok dymu  w naszą stronę leciał następny pocisk. Tym razem uderzył sześćdziesiąt pięć metrów na zachód. Zespół moździerzowy wroga najwyraźniej znał się na rzeczy. Musieli mieć w okolicy czujkę  frajera, który patrzył, gdzie spadają pociski. Pewnie przez telefon komórkowy podawał swoim ludziom poprawki do ponownego ostrzału. Pocisk numer trzy miał na sobie wypisane nasze nazwiska. Rzuciliśmy się do wnętrza wozu, a Throp odpalił silnik. Wcisnął gaz do dechy, vector zawarczał i wyrwał na wstecznym do tyłu, oddalając się od krawędzi grani. Sześć kół młóciło kamienie. Mieliśmy dwie opcje: albo zdejmiemy frajera, który nas namierzał, albo zespół moździerzowy. W innym wypadku prędzej czy później nas usmażą. W tej chwili nie mieliśmy jednak czasu, żeby się tym przejmować. Gdy tylko trzeci pocisk eksplodował w miejscu, gdzie przed chwilą stał nasz wóz, w dole rozpętało się piekło. (…)Byłem coraz bardziej wkurzony. Wiedziałem, gdzie jest przeciwnik, ale nie mogłem go załatwić, bo znajdował się zbyt blisko naszych chłopaków. W tej chwili najbardziej przydałby mi się śmigłowiec Apache. (…) Śmigłowce Apache są w stanie atakować cel z mniejszej odległości niż jakiekolwiek inne środki wsparcia powietrznego. Mogą zawisnąć na dowolnej Wysokości i, posługując się precyzyjnym systemem celowniczym, siać zniszczenie Z działek 30 mm nawet w granicach niebezpiecznego zbliżenia. W wypadku odrzutowców kluczem jest pozycjonowanie nalotu, bo z racji prędkości podejścia samolot charakteryzuje się mniejszą celnością. Tego nauczyłem się w szkole JTACów i tego dowiodły ostatnie tygodnie. Niestety wyglądało na to, wróg także odrobił pracę domową. Tylko przysadziste, ciemne, drapieżne sylwetki pojawiły się nad polem bitwy, kontakt ogniowy zamarł. Wróg zapadł pod ziemię.
Anioł STRÓŻ
Siadłem na ziemi i oparłem się ramionami o terenową oponę. Boże, byłem my jak pies. Miałem wrażenie, że i padnę. Misja trwała od czterdziestu tan, a przez dwie poprzednie noce <ie nie zmrużyłem oka. Na nogachtrzymała mnie wyłącznie adrenalina, zerwałem się na dźwięk chińskiej rakiety 107 mm, mknącej z jazgotem ponad l pozycją. Na sekundę czy dwie mu i odpłynąć, bo podbródek opadł mina pierś. Rakieta z ogłuszającym hukiem spadła na pustynię jakieś siedemdziesiąt metrów dalej, wzbijając chmurę ziemi i dymu. Co za kutas urządził mi taką paskudną pobudkę?!Usłyszałem śmiech Sticky’ego. Zakład, że następna spadnie za blisko? Niecałą minutę po pierwszej rakiecie nadleciała druga. Uderzyła w grań, jakieś dwadzieścia metrów w dole. Ponad krawędź wzniesienia, wysoko nad nasze głowy, wzniósł się grzyb ciemnego skłębionego dymu. Zaciągnąłem się po raz ostatni i pstryknąłem petem. Kiedy się odwracałem, by wejść do wozu, w powietrzu znów rozległ się przeraźliwy wizg, jakby cholernie wielki smok zlatywał nam prosto na łby, ziejąc ogniem. Ułamek sekundy później ziemia zadrżała od paskudnego głuchego uderzenia praktycznie pod moimi stopami. Trzecia rakieta 107 mm wbiła się w piasek może trzy metry od miejsca, gdzie staliśmy z Chrisem i Stickym. To by było na tyle, pomyślałem. Już po nas, jesteśmy jebanymi trupami. Stężałem, czekając na eksplozję. Oczami wyobraźni widziałem, jak mózgi Sticky’ego i Chrisa rozbryzgują się na ścianie vectora,a zaraz potem dołącza do nich mój. Zamiast tego spowiła nas chmura kurzu i piasku. Nieprzyjemne uczucie, ale na pewno nie byliśmy martwi. Dym powoli się rozrzedzał. Zobaczyliśmy niewielki krater, coś w rodzaju króliczej nory w cieniu wozu. Gapiłem się na niego, bojąc się głośniej odetchnąć. Przełknąłem ślinę. Rakieta 107 mm wyryła dziurę w ziemi tuż pod naszymi nogami, ale nie wybuchła. To tylko niewypał. Pierdolony niewypał. Wgramoliłem się do wozu i mocno drżącą ręką wyciągnąłem kolejnego papierosa. Zapaliłem go i chwyciłem zębami, żeby zapanować nad dreszczami. Gdy wciągałem dym w płuca, w głowie dźwięczała mi pojedyncza myśl: jakie są szanse, że zdarzy się coś takiego? Jakie jest pieprzone prawdopodobieństwo? Bezpośrednie trafienie zasranym niewypałem! To był pierwszy i, jak się później okazało, ostatni niewypał rakiety 107 mm podczas całej naszej służby na terenie Afganistanu. Kto śmie jeszcze twierdzić, że nikt nie czuwa nad naszym życiem? Wysoko z góry ktoś na nas patrzy, jestem tego pewien. Mieliśmy swojego anioła stróża.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *