Moje spotkanie z Jacques’em Montagnerem
Zdarzają się wśród nas profesjonalni magnetyzerzy, tacy jak pan. Co różni ich od ogółu śmiertelników? Nasz świat pełen jest różnorodnych, wibrujących fal, a niektóre z nich umożliwiają istnienie życia i podtrzymują je. Mam na myśli życie ludzkie, zwierzęce i roślinne. Uważam, że ludzi można podzielić na trzy podstawowe kategorie.
Do pierwszej należą ludzie nieświadomie wychwytujący i gromadzący łatwiej niż inni pozytywną i dobroczynną energię, która ich otacza. Ci ludzie są magnetyzerami.
Druga kategoria obejmuje osoby sprawnie wychwytujące tę energię, ale nieumiejące jej magazynować. Im energia pozwala cieszyć się dobrym zdrowiem.
I wreszcie trzecia kategoria, do której zaliczamy ludzi wychwytujących, ale natychmiast wytracających energię pozytywną. Powiedziałbym, że te osoby mają niemal skłonność do gromadzenia energii negatywnych, co wyjaśnia, dlaczego są słabego zdrowia i często chorują.
Często zdarzało mi się obserwować, że chore zwierzęta szukają bliskości, kontaktu. Dowodzi to, że magnetyzm nie jest wyłącznie formą oddziaływania na psychikę jednostki. Ponieważ zwierzę kieruje się instynktem, który wiedzie je ku temu, kto może mu pomóc i przynieść ulgę.
Czym jest pańskim zdaniem magnetyzm?
Sądzę, że magnetyzm jest rodzajem energii, życiodajnym fluidem, który posiada każda istota żywa – człowiek, zwierzę czy roślina – i który jest nieodzowny do życia. To potencjał energetyczny każdego bytu. Kiedy krążenie tego potencjału energetycznego jest złe (niedobór lub nadmiar), organy, które nie otrzymują wystarczającej energii witalnej, przestają prawidłowo wypełniać funkcje, do których zostały stworzone. Harmonia wewnętrzna organizmu ulega rozchwianiu, dochodzi do dysfunkcji i wówczas pojawiają się zaburzenia zwane funkcjonalnymi. Taka dolegliwość funkcjonalna, jeśli nie zostanie skutecznie wyleczona, może przygotować środowisko sprzyjające poważnym chorobom.
Jednym z głównych sprawców tego chaosu energetycznego jest niewątpliwie współczesny tryb życia, zwłaszcza w rytmie wielkomiejskim (stres, przemęczenie, nieprawidłowe odżywianie, diety…).
Jeżeli spojrzymy na ciało ludzkie jak na nierozdzielną całość, w której każdy organ pełni ściśle określoną rolę i pozostaje we współzależności od innych, zrozumiemy, że każdą istotę żywą należy traktować jako całość. I właśnie w takiej sytuacji magnetyzm odegrać może główną rolę, gdyż nasycając magnetyzmem całe ciało pacjenta, dostarcza mu się nowej energii, którą organizm pacjenta wchłania i dzieli – zależnie od potrzeb – między kilka narządów lub oddaje jednemu.
Przede wszystkim w przypadkach zaburzeń funkcjonalnych magnetyzm daje wspaniałe efekty, ponieważ oddziałuje bezpośrednio na przyczynę choroby, nawet jeżeli magnetyzer dokładnie jej nie zna. Lecz jeśli chory narząd jest poważnie i w sposób nieodwracalny uszkodzony, nie zdoła wchłonąć nowej energii, która jest mu dana – wtedy harmonia ulega zburzeniu, a choroba trwa i uporczywie się rozwija. W takich przypadkach magnetyzm jest, niestety, bezużyteczny.
Według mnie magnetyzm ma trzy podstawowe zalety:
– przywraca organizmowi siły witalne,
– przywraca równowagę układu nerwowego,
– koi bóle.
Takie rozumienie magnetyzmu jest jedynym, jakie mogę zaprezentować, mając za sobą dziesiątki lat praktyki i doświadczeń w tej dziedzinie. Bez względu na teorie gotów jestem zawsze poddać się najrozmaitszym eksperymentom, o czym przekonał się pan, gdy przeprowadzaliśmy wraz z profesorem Rocardem testy z miernikami efektu Kirliana, którym zostałem poddany.
Co pan sądzi o słowie „uzdrowiciel”, stosowanym w odniesieniu do magnetyzerów?
Nie lubię tego określenia, ale trzeba je zaakceptować, ponieważ jest używane od najdawniejszych czasów. W rzeczywistości nikt na tym świecie nie ma mocy uzdrawiania ze wszystkich chorób. Skoro uzdrowicielem nazywa się magne- tyzera, to przecież można tak nazwać internistę, chirurga, dentystę, znachora, specjalistę w zakresie akupunktury… ponieważ oni także przynoszą ulgę i leczą. Jako człowiek wierzący myślę, że tylko Bóg może pretendować do tytułu uzdrowiciela, ponieważ tylko on jeden potrafi wszystko uleczyć.
W jakich okolicznościach po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę ze swego magnetyzerskiego daru?
Mój syn był bardzo chory. Równolegle do klasycznej terapii lekarskiej poddawaliśmy go magnetoterapii. Pewnego dnia magnetyzer powiedział do mnie: „Sam może pan leczyć j-jnw £¡0*00? jn, K<-> mn rmn silny maenetvzm!” Nie uwierzyłem mu. W jakiś czas potem poznałem Mauri- ce’a Messegue i zaprzyjaźniliśmy się. I od niego usłyszałem te słowa: „Ma pan niezwykły magnetyzm! Pańskim obowiązkiem jest podzielić się nim z innymi”. Właśnie wtedy zacząłem wierzyć, że to prawda, i podjąłem pierwsze próby na rodzinie i przyjaciołach. Szło mi doskonale. Prosiłem „pacjentów” o zachowanie dyskrecji, nie chciałem bowiem, żeby ta wieść się rozeszła, zanim będę całkowicie przekonany o swych możliwościach. Był rok 1976, miałem trzydzieści siedem lat.
Wszystko działo się w Gers, w sercu Gaskonii, krainy radości życia, ojczyzny d’Artagnana i Maurice’a Messegue, dzięki którym nasz region zyskał tak wielką popularność.
Przez blisko trzy lata podejmowałem próby na wszelkich chorobach, jakie dotknęły ludzi z mojego bliższego i dalszego otoczenia, jeśli tylko istniała szansa, że magnetyzm okaże Co pan sądzi o słowie „uzdrowiciel”, stosowanym w odniesieniu do magnetyzerów?
Nie lubię tego określenia, ale trzeba je zaakceptować, ponieważ jest używane od najdawniejszych czasów. W rzeczywistości nikt na tym świecie nie ma mocy uzdrawiania ze wszystkich chorób. Skoro uzdrowicielem nazywa się magne- tyzera, to przecież można tak nazwać internistę, chirurga, dentystę, znachora, specjalistę w zakresie akupunktury… ponieważ oni także przynoszą ulgę i leczą. Jako człowiek wierzący myślę, że tylko Bóg może pretendować do tytułu uzdrowiciela, ponieważ tylko on jeden potrafi wszystko uleczyć.
W jakich okolicznościach po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę ze swego magnetyzerskiego daru?
Mój syn był bardzo chory. Równolegle do klasycznej terapii lekarskiej poddawaliśmy go magnetoterapii. Pewnego dnia magnetyzer powiedział do mnie: „Sam może pan leczyć syna nie gorzej niż ja, bo ma pan silny magnetyzm!” Nie uwierzyłem mu. W jakiś czas potem poznałem Mauri- ce’a Messegue i zaprzyjaźniliśmy się. I od niego usłyszałem te słowa: „Ma pan niezwykły magnetyzm! Pańskim obowiązkiem jest podzielić się nim z innymi”. Właśnie wtedy zacząłem wierzyć, że to prawda, i podjąłem pierwsze próby na rodzinie i przyjaciołach. Szło mi doskonale. Prosiłem „pacjentów” o zachowanie dyskrecji, nie chciałem bowiem, żeby ta wieść się rozeszła, zanim będę całkowicie przekonany o swych możliwościach. Był rok 1976, miałem trzydzieści siedem lat.
Wszystko działo się w Gers, w sercu Gaskonii, krainy radości życia, ojczyzny d’Artagnana i Maurice’a Messegue, dzięki którym nasz region zyskał tak wielką popularność.
Przez blisko trzy lata podejmowałem próby na wszelkich chorobach, jakie dotknęły ludzi z mojego bliższego i dalszego otoczenia, jeśli tylko istniała szansa, że magnetyzm okaże się pomocny. Potem, w roku 1978, wobec coraz liczniejszej grupy chorych, którzy się do mnie zwracali (a których leczyłem bezpłatnie), uświadomiłem sobie, że nie zdołam dłużej osobiście prowadzić firmy założonej w roku 1963 i wykonywać pracy „nieprofesjonalnego magnetyzera”. Postanowiłem wycofać się z zawodu i poświęcić bez reszty niesieniu pomocy innym. Jako człowiek boleśnie doświadczony ciężką chorobą dziecka, doskonale wiedziałem, czym jest strach i paraliżujący lęk przed jutrem, jakich zaznaje się w takich sytuacjach. Dlatego uznałem za swój obowiązek podzielić się z chorymi daną mi mocą uzdrawiania.
Jak wyjaśnia pan fakt, że „ma pan magnetyzm”?
Tym trudniej mi to pojąć, że nigdy nie zetknąłem się z taką mocą wśród krewnych; być może któryś z moich przodków posiadał ją, nie zdając sobie z tego sprawy. Podobnie ja mógłbym nie dowiedzieć się o tym do końca życia.
Myślę jednak, że moim przeznaczeniem było wykonywać tę pracę, ponieważ zanim jeszcze uświadomiłem sobie, jaki posiadam dar, zawsze bardziej troszczyłem się o innych niż
o siebie. Zawsze z radością pomagałem tym, którzy tego potrzebowali, chciałem być przydatny.
Nie potrafię odmawiać, gdy ktoś mnie o coś prosi, jeżeli oczywiście spełnienie tej prośby nie przekracza moich możliwości.
Posiadanie daru, szczere zainteresowanie bliźnim, lojalność i odpowiedzialność mogą-jak mi się wydaje – sprawić, że jest się dobrym magnetyzerem. Mówię to, odrzucając fałszywą skromność.
A zatem, posiadając te cechy, ciesząc się doskonałym zdrowiem, tryskając niewyczerpaną energią, z pewnością miałem wszystko, czego trzeba, aby zostać zawodowym magnetyzerem.
Często powtarzam sobie: „Dlaczego właśnie ja posiadam tę moc?” Jako człowiek wierzący, myślę, że Bóg tak postanowił, a przecież to On decyduje o naszym życiu i prowadzi każdego ku jego przeznaczeniu.
Są ludzie obdarzeni zdolnościami muzycznymi, malarskimi, szczególnymi predyspozycjami do zawodu lekarza czy pracy pisarza, więc dlaczego inni nie mieliby wykazywać talentu jako magnetoterapeuci? To jedna z wielkich tajemnic tego świata.
Czy to misja powierzona nam przez Boga? Czy może nagroda, którą nam dał? Szczerze mówiąc, nie wiem. Jedno jest pewne. Wypełniam tę pracę, wkładając w nią serce i zaangażowanie, i z biegiem lat jestem coraz głębiej przekonany, że urodziłem się, aby to robić. Najważniejsza jest dla mnie możliwość spieszenia z pomocą, niesienia ulgi, uzdrawiania bliźnich. Odczuwam radość, mogąc spełniać nadzieje, które pokładają we mnie pacjenci, uwalniać ich od bólu i cierpienia. Każdy sukces jest dla mnie źródłem radości, każde niepowodzenie pogrąża w smutku. Jestem zadowolony z życia w zgodzie ze sobą, ponieważ mam świadomość, że w każdym dniu danym mi przez Boga ja sam ofiarowałem coś dobrego bliźniemu.
Jakie techniki stosuje pan, lecząc zwracających się do pana pacjentów?
Magnetyzuję dłońmi, albo dotykając ciała pacjenta, albo trzymając ręce w odległości dziesięciu centymetrów. Na ogół proszę, aby położyć się na leżance, a ja zaczynam seans od wsunięcia rąk pod potylicę pacjenta, następnie dotykam czoła i skroni, aby jak najsilniej wpłynąć na przysadkę. Kontynuuję powolnymi ruchami od głowy do nóg, szczególny nacisk kładąc na najsilniej dotknięte chorobą narządy. Kiedy pacjent już stoi, „oswabadzam” jego głowę szybkimi passami, potem passami wolnymi magnetyzuję jego plecy, a zwłaszcza kręgosłup, aby zakończyć na stopach.
Długość seansu jest zmienna, zależnie od leczonego przypadku i od samego pacjenta. Na ogół seans trwa około piętnastu minut, często jednak zdarza mi się odbywać dłuższe, jeżeli czuję, że jest to naprawdę konieczne i że seans może mieć znaczenie w „odblokowaniu” pacjenta. Muszę wyznać, że w początkowym okresie /trary yyjjksiąynak&n do odbywania zbyt długich seansów, co wywoływało u chorych gwałtowne i dotkliwe reakcje. W rzeczywistości dopiero kiedy pacjent znajdzie się „w rękach” terapeuty, ten może wyczuć moment, w którym powinien zakończyć seans.
Jakie warunki są panu potrzebne do przygotowania seansu?
Na szczęście posiadam zdolność szybkiej regeneracji sił, co sprawia, że nie muszę ani odpoczywać, ani koncentrować się przed seansem. Kiedy zaczynam dzień pracy, jestem fizycznie i umysłowo przygotowany na wytrwanie do końca i wystarczają mi dziesięciominutowe przerwy po mniej więcej dwóch godzinach przyjmowania chorych. W dni wolne natomiast czuję, że magnetyzowanie przychodzi mi z większym trudem (w te dni zdarzają się także nagłe wypadki), ponieważ wtedy niemal całkowicie się „wyłączam”. To jedna z przyczyn, dla których staram się przyjmować pacjentów tylko wcześniej umówionych, bo w dniach konsultacji bez reszty oddaję się pracy i gotów jestem zmierzyć się z najtrudniejszymi przypadkami.
Czy ma pan własną filozofię magnetyzmu, jego koncepcję?
Najpierw pozwalam pacjentowi przedstawić swój problem. Słucham go, nie przerywając, dopóki ma ochotę mówić, ponieważ w ten sposób najskuteczniej uzyskuje on swobodę. Potem pytam, czy zasięgał porady lekarskiej, jaką postawiono diagnozę, czy przestrzegał zaleceń lekarskich, a wreszcie sugeruję kurację, której powinien się poddać. Następnie staram się go jak najskuteczniej przekonać do kuracji, zwłaszcza jeśli wyczuwam jego sceptycyzm. Namawiam go, aby wziął na siebie część odpowiedzialności. Przytaczam
przykłady wyleczeń w podobnych przypadkach. Uprzedzam go także przed ewentualnymi objawami ubocznymi, które mogą wystąpić w ciągu 48 godzin od zabiegu.
Analiza tych ewentualnych reakcji ubocznych często jest bardzo wymowna i pozwala mi trafniej uchwycić przyczyny schorzenia, na które cierpi pacjent, a także określić dalszy przebieg kuracji. Dzięki tej analizie niekiedy mogłem podważyć diagnozę lekarską i uprzedzić lekarza prowadzącego, dzieląc się z nim spostrzeżeniami, których trafność lekarz następnie potwierdza.
Uprzedzam także pacjenta, że choć uzdrowienia po jednym seansie często się zdarzają, nie jest to regułą. I wreszcie, jeśli diagnoza lekarska nie została postawiona, a ja widzę taką konieczność, doradzam pacjentowi udać się do lekarza, aby taką diagnozę uzyskał.
Czy dla praktykowania magnetyzmu na chorych każdy moment jest równie dobry, czy może pewne chwile bardziej temu sprzyjają?
Magnetyzer powinien unikać magnetyzowania, gdy sam czuje się zbyt zmęczony i nie ma tej nadwyżki energii, która tworzy prawdziwy potencjał magnetyczny. Pacjent powinien być przyjmowany w dniach i godzinach, które mu odpowiadają. Nie należy kazać mu czekać. Wtedy jest lepiej zdeterminowany, a zatem i bardziej chłonny. Jeżeli natomiast spieszy się do pracy i podejmuje „wyścig z czasem”, żeby zdążyć na terapię, albo jeśli za długo czeka, denerwuje się i traci część korzyści płynących z seansu. Każdy pacjent ma odmienną podatność na magnetyzm, inną wrażliwość. Czy wie pan, że zauważyłem u niektórych osób zmiany podatności, które uzależnione są od faz księżyca?
W jakich przypadkach pańska terapia nie jest przydatna?
Gdy nie ustalono dokładnej diagnozy lekarskiej i nie wykonano wszystkich koniecznych badań. Wówczas nie chcę interweniować, gdyż magnetyzm, kojąc ból, może zmienić obraz choroby, co sprawi, że zostanie postawiona błędna diagnoza lekarska, albo po prostu lekarz uzna, że pacjent jest zdrowy, podczas gdy w rzeczywistości rozwój poważnej choroby wciąż trwa.
Nie podejmuję terapii również wtedy, gdy uznam, że dolegliwość, która nęka daną osobę, wykracza poza zakres moich kompetencji. To zresztą najtrudniejszy problem dla każdego odpowiedzialnego magnetyzera – odmówić leczenia, wiedząc, że jest bezużyteczne, i umieć poinformować
o tym pacjenta taktownie, aby nie uznał, że jest nieuleczalnie chory i nie ma już żadnej nadziei. Strasznie trudno mówić „nie”.
Nie wolno zapominać, że 90 proc. pacjentów, którzy się do nas zwracają, próbowało wcześniej wszelkich konwencjonalnych metod leczenia, te jednak nie przyniosły oczekiwanych skutków. W ich oczach urastamy do rangi „cudotwórców”. Zresztą niemal połowa zwracających się do mnie osób mówi na powitanie: „Przyszedłem tu, bo jest pan moją ostatnią nadzieją!” Wobec takiego nastawienia należy unikać rozbudzania złudnych nadziei, ale raczej taktownie, jak najoględniej, wczuwając się w stan psychiczny chorego, pomagać mu, ale w żadnym razie nie wykorzystywać sytuacji.
Czy łączy pan magnetyzm z innymi technikami?
Tak, z fitoterapią. Maurice Messegue wprowadził mnie w jej tajniki, a jego wskazówki okazały się bardzo pomocne. Jestem mu za to głęboko zobowiązany.
Przy leczeniu wielu chorób fitoterapia wspomagana przez magnetyzm pozwala uzyskać znacznie szybsze efekty. Dotyczy to zwłaszcza zaburzeń w przyswajaniu i wydalaniu. Magnetyzm może „odblokować” chore narządy, a zioła po mistrzowsku dokonują oczyszczenia organizmu.
Warto zresztą dodać, iż najistotniejsze jest kupowanie ziół czy preparatów ziołowych o najwyższej jakości. Każdy konsument ma prawo domagać się ziół, których czystość jest gwarantowana, to znaczy posiadających odpowiednie atesty. Prawie wszystkie kraje Unii Europejskiej przyjęły odpowiednie oznakowanie (symbol LMR, czyli maksymalny limit osadów), które eliminuje rośliny niezdatne do spożycia. Jak dotąd na przykład we Francji nie podjęto w tej dziedzinie zdecydowanych działań, toteż rynek zarzucony jest ziołami niedopuszczonymi do sprzedaży w krajach sąsiednich. A środki ostrożności są konieczne, zwłaszcza odkąd część krajów-producentów znalazła się w strefie skażonej opadem radioaktywnym z Czarnobyla!
Już od przeszło trzydziestu lat Maurice Messegue zachęca do spożywania zdrowych ziół, informuje o ryzyku skażeń i wprowadza do handlu rośliny wolne od wszelkich niepożądanych czynników. Dotąd przeprowadził ponad dziesięć tysięcy analiz laboratoryjnych.
Kiedyś uważano go za „nawiedzonego”. Obecnie wiele osób przywłaszcza sobie jego odkrycia i niemal domaga się monopolu na dostawę zdrowych ziół.
Czy praktykuje pan magnetyzm na odległość?
Nigdy! Odrzucam tę metodę, ponieważ według mnie najważniejszy jest bezpośredni kontakt z pacjentem. Stanąć z nim twarzą w twarz, być w pobliżu niego – to znacznie bardziej wzbogacające i motywujące niż anonimowość fotografii czy pukla włosów. Magnetyzm na odległość jest znacznie trudniejszy od magnetyzmu stosowanego w bezpośrednim kontakcie z pacjentem, jednak niektórzy wolą tę metodę, być może widząc w sobie więcej siły i talentu, niż ja sam znajduję w sobie w jej praktykowaniu.
Kiedy pacjent zgłasza się na konsultację, leczę go, wkładając w to całe serce i siłę. Udaje mi się lub nie, wiem jednak, że uczyniłem wszystko, co w mojej mocy, żeby mu pomóc. Lecząc na odległość, nie zawsze można żywić takie przekonanie, a przede wszystkim proces wymyka się spod kontroli. Mam na to dowód w postaci listów z podziękowaniami. Ileż osób wyznaje, że wcześniej zwracało się do terapeutów leczących na odległość! Nigdy nie spotkały się ze swoim magnetyzerem, kontaktując się z nim tylko listownie. Całymi miesiącami chorzy na próżno oczekiwali na poprawę stanu zdrowia lub na wyleczenie, jednak nic się nie działo. Jeśli nie liczyć nadchodzących od czasu do czasu próśb o dodatkowe honoraria zą „wzmożonąpracę”. Jedno jest pewne – ta metoda otwiera możliwości przed nieuczciwymi magnety- zerami i rzuca cień na naszą profesję.
Czy proponuje pan pacjentom namagnetyzowane przedmioty?
Nie, ponieważ uważam, że jeśli pracujemy poważnie podczas seansów, magnetyzm leczniczy jest wystarczająco silny. Pacjent może czekać do następnej wizyty.
Proponując mu namagnetyzowany przedmiot, wyświadczamy mu wilcząprzysługę, ponieważ pacjent, sądząc, że coś stale go wspomaga, nie czyni koniecznego wysiłku, by „wziąć się w garść”.
Ubolewam nad faktem, że trudno dziś znaleźć popularne czasopismo, w którym nie pojawiałyby się reklamy opiewające zalety wszelkiego rodzaju gadżetów posiadających tak zwaną magnetyczną moc – naturalną lub wyjątkową. Jest to jedna ze stosowanych ostatnimi czasy prób zastąpienia magnetyzmu ludzkiego lub zwierzęcego (któremu trzeba będzie w końcu nadać właściwą nazwę) rozmaitymi, czasem wyrafinowanymi urządzeniami. Mimo rozwoju techniki nic nie zdoła zastąpić zjawiska tak bardzo naturalnego, tak delikatnego, opartego na intuicji, jak magnetyzm ludzki. Takie jest swoiste prawo wszechświata.
Najbardziej zasmuca mnie jednak fakt, że namagnetyzowane produkty są bez najlżejszego skrępowania oferowane przez terapeutów pacjentom. Odbywa się handel gadżetami
i aparatami, które mają kryć w sobie niezwykłą magnetyczną moc. Jak, wobec tego procederu, możemy aspirować do oficjalnego uznania naszej działalności?
Które z wyleczeń, jakie dane było panu osiągnąć, uznałby pan za najbardziej spektakularne i poruszające?
To był chłopiec, Michel N. z Rombas w Mozeli. Miał wtedy 14 lat. Rodzice, których nie znałem, zwrócili się do mnie telefonicznie.
W rozmowie opisali mi stan zdrowia chłopca, który pięć miesięcy wcześniej popadł w anoreksję. Żywił się wyłącznie sokiem pomarańczowym, którego pił pół litra dziennie, miał częste zawroty głowy, co uniemożliwiało mu funkcjonowanie, mógł mówić zaledwie przez kilka sekund na minutę, miał bezwładną prawą rękę, był w stanie przejść najwyżej cztery do pięciu kroków bez odpoczynku. Ponieważ rodzice nie chcieli przewozić syna, zgodziłem się, aby przyjechali po mnie w sobotni wieczór pod warunkiem, że w niedzielę przed dziesiątą rano odwiozą mnie do Rueil. Po raz pierwszy poddałem Michela terapii około północy. Trwało to godzinę. Powtórzyłem seans o szóstej rano. W drodze powrotnej rodzice nękali mnie pytaniami, czy wyleczę ich dziecko. Odparłem, że zrobiłem, co w mojej mocy, a teraz trzeba odczekać cztery, pięć dni, aby uzyskać efekt albo przynajmniej niewielką poprawę. Gdyby to nie nastąpiło, proponowałem podjąć drugą i ostatnią próbę po dwóch tygodniach.
We czwartek (a zatem po czterech dniach) około dziewiątej rano zadzwonił telefon. Ku memu zaskoczeniu Michel N. osobiście oznajmił mi, że jest wyleczony.
Otóż kwadrans wcześniej całkowicie się „odblokował”. Nastąpiło to nagle, a chłopak powiedział tylko: „Mam wrażenie, że coś ze mnie wyszło”.
Rozpłakałem się ze szczęścia, dziękując Bogu, że dał mi tę radość, a przede wszystkim, że Michel wyzdrowiał.
W dwa tygodnie później pojechałem do Rombas, jednak nie po to, żeby leczyć Michela, ale zaproszony przez jego rodziców, którzy chcieli mi pokazać, że ich syn jest już zdrowy. Byłem bardzo szczęśliwy. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że wykonuję najwspanialszy zawód świata!
Medycyna naturalna rozwija się coraz bardziej dynamicznie, funkcjonując obok tradycyjnej. Co sądzi pan o tym zjawisku?
Z głębokim szacunkiem i podziwem odnoszę się do każdego, kto poświęcił się medycynie, i szczerze żałuję, że nie istnieje między nami bliższa współpraca.
Dzięki inteligencji i pracy lekarze zdobyli ogromną wiedzę. Dlatego mogą służyć pacjentom, wykorzystując wszystkie dobrodziejstwa, jakich co dnia dostarczają odkrycia naukowe.
My natomiast posiadamy dar (lub moc), który można uważać za naturalny lub „nadprzyrodzony”. Jedno jest pewne: kiedy przekazujemy go pacjentom, przynosimy im ulgę lub uzdrowienie.
Jakie wobec tego znaczenie mają różnice przekonań czy wiary, skoro wszyscy pracujemy, kierując się tym samym pragnieniem – uwalniać bliźnich od cierpienia i bólu!
Trzeba bowiem pamiętać, że od pradawnych czasów ludzie pomagali bliźnim i leczyli ich poprzez zwyczajne nakładanie rąk. Medycyna poczyniła ogromne postępy, co służy dobru ludzkości. Lecz pomimo tych postępów wciąż istnieje miejsce dla „praktyków”, jakimi jesteśmy.
Jestem więc przekonany, że medycyna oficjalna i medycyna paralelna są w pełni komplementarne i że błędem byłoby rozdzielać je i uważać za konkurujące ze sobą. Wiele schorzeń zwanych funkcjonalnymi można skutecznie i szybko leczyć poprzez magnetyzm, chroniąc harmonię organizmu pacjenta poddanego terapii. Tymczasem te same schorzenia leczone metodami konwencjonalnymi i oficjalnymi okazują się bardziej kłopotliwe. Zwłaszcza przy leczeniu silnymi środkami, które powodują skutki uboczne, mogą pojawić się nowe zaburzenia. Aby zilustrować tę opinię, posłużę się trzema przykładami, które wydają mi się najczęstsze i najbardziej przekonywające.
1) Półpasiec leczony magnetyzmem, tuż po pojawieniu się choroby, ustępuje często po jednym, a najwyżej po trzech seansach.
Bardzo często zdarza się, że przychodzą do mnie pacjenci od bardzo dawna cierpiący z powodu tej choroby (rekord wynosi siedem lat cierpienia). Wszystkie te osoby poddawano leczeniu wszelkimi możliwymi do wyobrażenia metodami, łącznie z naświetlaniem, którego skutkiem jest uśmiercanie komórek, a zatem czynienie ich niewrażliwymi na magnetyzm.
2) Lumbago lub ischias, jeżeli nie wchodzą w grę urazy mechaniczne lub uszkodzenia kości, poddają się magnetote- rapii po dwóch, trzech seansach.
W tym przypadku także zdarzało mi się leczyć osoby, które były „zablokowane” przez chorobę od dwóch, trzech miesięcy, i żadne środki przeciwzapalne, przeciwbólowe i inne, aplikowane im od początku choroby, nie pomogły, podczas gdy po sześciu dniach od pierwszego seansu pacjenci powracali do zdrowia.
3) Migreny, którym często towarzyszą zawroty głowy, błyskawicznie leczy magnetyzm. Ostatnio wyleczyłem czter- dziestodziewięcioletnią kobietę, która cierpiała na potworne bóle głowy. Próbowała wszystkiego, ale nic nie przynosiło jej ulgi. Po trzech seansach bóle głowy zniknęły.
Gdyby istniała współpraca między lekarzami a magnetyzerami, ludzkości oszczędzono by wielu cierpień. Ponadto oszczędzono by wiele godzin i dni pracy (a co za tym Idzie – pieniędzy), straconych przez osoby, które celowo lub przez ignorancję lekceważą możliwości magnetyzmu.
Należy podkreślić, że magnetyzm, stosowany równolegle z kuracją medyczną, pomaga pacjentowi szybciej reagować na terapię I szybciej wrócić do zdrowia. Tymczasem często zdarza się, że lekarze prowadzący pacjenta z zaskoczeniem obserwują szybki proces jego powrotu do zdrowia, chociaż ich doświadczenie zawodowe nie wskazywało, by efekty mogły być tak błyskawiczne.
Niektórzy lekarze, słysząc od pacjenta, że równolegle poddaje się magnetoterapii, czują się zobowiązani przyznać, że ta metoda jest skuteczna.
Gdyby zatem lekarze I prawodawcy zechcieli głębiej rozważyć ten problem, zapewne zrozumieliby, że Istnieje rozwiązanie, które może usatysfakcjonować wszystkich:
1) Należy sporządzić spis dobrych magnetyzerów, poddać Ich możliwości testom i dokonać klasyfikacji w zależności od tych możliwości oraz (przede wszystkim) uzyskiwanych wyników.
2) Lekafz, po postawieniu diagnozy, w przypadkach chorób, na które jego zdaniem nie ma skutecznej terapii, mógłby kierować pacjenta do wybranego przez siebie magnetoterapeuty, przedstawiając zalecenia dotyczące metod postępowania w zależności od przebiegu choroby i stanu chorego. Następnie wspólnie stwierdzaliby, czy nastąpiło uleczenie. Niektórzy lekarze już tak postępują. W ten sposób lekarze mogliby sprawować kontrolę nad wszystkimi terapiami I porównywać Ich skuteczność, zarazem dając magnetyzerom okazję do niesienia ulgi chorym w uprawniony sposób. Magnetyzerzy nie narażaliby się już na oskarżenia o nielegalne praktyki medyczne.
Podsumowując, dodam, że nieustająca polemika między lekarzami a przedstawicielami medycyny naturalnej wydaje mi się świadczyć o lekceważeniu chorych, których nikt nie pyta, co sądzą o magnetoterapii. A w końcu to przecież oni wybierają tę terapię, którą uznają za najskuteczniejszą.
Kiedy są rozczarowani lub czują się wykorzystywani przez magnetyzera, otwarcie o tym mówią. Gdyby proponowane przeze mnie rozwiązanie zostało zastosowane w praktyce, pacjenci informowaliby swoich lekarzy o złych praktykach magnetyzerów. To z pewnością najlepszy sposób na eliminację czarnych owiec, które zdarzają się
w tym zawodzie.