Informacje z Polski

Wypadki na drogach

Ostatnio Łódź: pijany motorni­czy tramwaju zabił trzy osoby. Wcześniej Kamień Pomorski: pijany kierowca wjechał w gru­pę ludzi, zginęło sześć osób. Jeszcze wcześniej podbielskie Kozy: 20-latka pod wpływem amfetaminy zabiła na przejściu dla pieszych dwóch 10-letnich chłopców, Patryka i Konrada, wracających ze szkoły (kobieta została skazana na osiem lat więzienia i ma dożywotni zakaz prowadzenia samochodów). To tylko kilka najgłośniejszych wypadków spowodowanych przez kierujących, będących pod wpływem alkoholu czy po zażyciu narkotyków.

Plaga pijanych kierowców w Polsce to ciągle bardzo duże za­grożenie – stwierdził premier Donald Tusk, odnosząc się m.in. do wypadku w Kamieniu Pomorskim.

 

Jak walczyć z tą plagą?

Rząd chce zaostrzenia kar. Za­proponował, by kierowca, któ­ry po raz pierwszy zostanie przyłapany na prowadzeniu pojazdu pod wpływem alkoho­lu, stracił prawo jaz dyna okres od 3 do 15 lat (obecnie od roku do 10 lat) i zapłacił co najmniej 5 tys. zł nawiązki. Wyrok w ta­kiej sprawie ma być publicznie ogłaszany. Osoby, które po raz drugi zostałyby przyłapane na j eździe pod wpływem alko­holu, traciłyby prawo jazdy na co najmniej 5 (maksymalnie na 15 lat). W tym wypadku na­wiązka ma wynosić minimum 10 tys. zł. Rząd proponuje też, by od 2015 r. w każdym aucie obowiązkowo był alkomat.

Czy to rozwiąże problem pi­janych kierowców na naszych drogach? Według ministra spra­wiedliwości Marka Biernackie­go, sposób karania pijanych kie­rowców nie działa prewencyj­nie, bo choć spadają statystyki dotyczące skazanych nietrzeź­wych kierowców, to rośnie licz­ba tych, których skazano po­nownie.

W latach 2010-12 zmniejszy­ła się liczba nietrzeźwych kie­rowców skazanych za spowo­dowanie wypadku (z 1016 do 805 osób), ciężkiego wypadku (z 390 do 360) oraz prowadze­nie w stanie nietrzeźwości (z 73 tys. do 62 tys.).

Wzrosła natomiast liczba kierowców powtórnie skaza­nych za jazdę po pijanemu: z 9,9 tysięcy w 2011 roku do 12,4 tys. w 2012 r.* PAP

Rozmowa z Edytą i Dariuszem Kuckami, rodzicami Patryka, który ze swoim kolegą Konra­dem został śmiertelnie potrą­cony na przejściu w Kozach.

Wasze życie dzieli się na dwa etapy: przed i po wypadku.

Jak wyglądało przed?

Edyta Kućka: To było normalne życie.

Dariusz Kućka: Szczęśliwe życie: żona, trójka udanych dzieci, firma. Były jakieś tam drobne problemy, ale kto ich nie ma. Dwa tygodnie przed wypad­kiem mieliśmy duże rodzinne spotkanie. Mówiliśmy o tym, że mamy wielkie szczęście, iż nasze dzieci są zdrowe.

Teraz pozostały ból i tęsknota nie do opisania. Kiedyś Patryk byłna 13-dniowym obozie. Co­dziennie słyszeliśmy się przez telefon, a i tak nie mogłem do­czekać się spotkania. Teraz nie ma go już ponad półtora roku.

I tak już będzie zawsze.

Prowadzi pan serwis samocho­dowy tuż obok tego przejścia…

Nie mamy innego wyjścia, tu mamy firmę. Ciężko mi omi­jać to przejście dla pieszych. Za każdym razem, kiedy z niego schodzę, to czuję, jak­bym zaraz miał dostać takie uderzenie jak Patryk. Patryk kończył przechodzić przez przejście. Robił ostatni krok.

I właśnie wtedy został potrą­cony. Uderzenie było bardzo silne. Poleciał 32 metry, a Konrad 50 metrów. Proszę sobie wyobrazić: 50 metrów! To 50 kroków. Bardzo daleko.

Pamięta pan moment, kiedy ktoś przyszedł powiedzieć o wypadku?

Nikt nie przyszedł. Byłem przed warsztatem, usłyszałem uderzenie, widziałem go w po­wietrzu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to mój syn. Po­biegłem w tamtą stronę, żeby komuś pomóc, zwłaszcza że kiedyś z moim tatą udało nam się uratować jednego chłopa­ka. Pierwszy zobaczyłem Pat­ryka, pierwszy go znalazłem. Od razu wiedziałem, że nie ży­je. Miał otwarte oczy, jakby na mnie patrzył. Źrenice były takie wielkie. Zawołałem tatę, który mieszka po drugiej stro­nie ulicy. Na siłę podjęliśmy reanimację, robiliśmy masaż serca. Serce po jakimś czasie ruszyło, bo w przeciwieństwie do innych organów nie było uszkodzone. Później słysza­łem, jak lekarka, która przyje­chała na miejsce wypadku, po­wiedziała, że obydwaj nie żyją, ale nie docierało to do mnie. Pozwolili mi wsiąść do karetki. Kiedy jechaliśmy do szpitala w Bielsku, akcja serca syna jesz­cze dwa razy została zatrzyma­na, a później serce znowu za­częło bić. Podświadomie wie­rzyłem w jakiś cud: że skoro serce ruszyło, to Patryk jakoś do nas wróci. Ale im dłużej by­liśmy w szpitalu, tym bardziej uświadamialiśmy sobie, że jest źle. To było widać po reakcji le­karzy i pielęgniarek.

Cudu nie było.

Nie dało się go uratować. Obrażenia wielonarządowe były zbyt poważne. Obydwaj chłopcy zostali zabici na miejscu.

Czy w tamtych chwilach jakoś pan myślał o sprawcy wypadku?

Nie. Interesował mnie tylko Patryk. Nie wiem, kto był na miejscu wypadku, nie inte­resowało mnie, kto to zrobił. Najważniejszy był Patryk. Oni tylko on. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że sprawczy­ni wypadku była pod wpływem amfetaminy. Coś tam mówiono, że miała włą­czony antyradar, ale to do mnie nie docierało, bo cały czas byliśmy przy Patryku.

A później go odłączyli… Nie wiedziałem, co robić. Najproś­ciej byłoby ze sobą skończyć. Ale jeszcze mamy dwie córki i trzeba je wychować.

Sprawczyni tragedii była pod wpływem amfetaminy, a tuż po wypadku została zwolniona do domu. Wtedy pan o tym wie­dział?

Edyta Kućka: Czuliśmy wście­kłość. Na cały nasz system. Za­biła przecież dwoje 10-letnich dzieci, które łącznie miały tyle lat co ona sama i jak można by­ło ją wypuścić na wolność. Tym bardziej że była po narkoty­kach.

Dariusz Kućka: Kiedy jeszcze nie wiedziałem, że zażywała nar­kotyki, nie byłem źle nastawio­ny. Traktowałem ten wypadek jako nieszczęśliwy zbieg oko­liczności.

I przyszedł ten dzień, kiedy mu­sieliście stanąć oko w oko ze sprawczynią tragedii, Karoliną Z. Kiedy zobaczyliście ją pierwszy raz?

Dariusz Kućka: Pierwszy raz zobaczyłem ją w sądzie. Czeka­łem na jej reakcję. Ale reakcji nie było – uciekała wzrokiem, miała nawet tak zrobioną fry­zurę, żeby nie było widać twa­rzy, nie przeprosiła na pierw­szej rozprawie. Dopiero na dru­giej powiedziała „przepra­szam”. Pewnie adwokaci jej podpowiedzieli. Przeprosiła, a nie przyznawała się.

Wyrok was satysfakcjonuje? Dariusz Kućka: To młoda dziew­czyna i osiem lat za dwójkę za­bitych dzieci to niedużo, ale z drugiej strony najpiękniejsze swoje lata przesiedzi w więzie­niu. To wielka kara. Dożywot­nio odebrane prawo jazdy też będzie jej przypominało, że kie­dyś spowodowała tragedię.

Po takim traumatycznym przeży­ciu byłoby naturalne, gdyby zro­dziła się w was chęć zemsty, odwetu. Było tak?

Edyta Kućka: Na początku tak. Wszyscy to mieliśmy. To mija. Dariusz Kućka: Była chęć odwe­tu, ale teraz czuję, że Patryk by tego nie chciał. Był dobry i mą­dry. Mieliśmy bardzo dobre re­lacje, dużo rozmawialiśmy i on by odpuścił. Ja też odpuszczam.

Kiedy słyszycie o wypadkach, takich jak ostatnio w Kamieniu Pomorskim czy Łodzi, kiedy giną ludzie, to…?

Edyta Kućka: To niewyobrażal­ne tragedie. Społeczeństwo musi się nauczyć, że po alkoho­lu czy narkotykach nie można wsiadać za kółko. To musi się zmienić w głowach ludzi. I nie pomoże tu pomysł premiera na alkomat w każdym samo­chodzie. Poza tym kary powin­ny być srogie i konsekwentnie egzekwowane.

Utrzymuje te kontakty z rodziną Konrada?

Dariusz Kućka: Tak. Wcześniej tylko się znaliśmy, bo chłopcy się przyjaźnili. Teraz jesteśmy prawdziwą rodziną. Razem zrobiliśmy pogrzeb, wspólnie staraliśmy się o rzeźbę anioła na nagrobku, razem trzymali­śmy się podczas rozpraw.

Nawet po takiej tragedii trzeba jakoś wrócić do życia. W którym miejscu teraz jesteście?

Dariusz Kućka: Wraca się bar­dzo, bardzo ciężko. Najgorsze było to, że kiedy po środkach nasennych i krótkim śnie obu­dziliśmy się rano następnego dnia, to świat się kręcił. To by­ło takie nierealne. Nie rozu­mieliśmy, że ludzie przecho­dzą pod naszymi oknami, że firma działa, że samochody jeżdżą. Dla nas świat się skoń­czył. To było najdziwniejsze, najtrudniejsze do zrozumie­nia. Unikaliśmy kontaktów z ludźmi. Nie chcieliśmy nig­dzie chodzić. Chcieliśmy się tylko gdzieś zaszyć i płakać. Edyta Kućka: Najbardziej po­mogła nam najbliższa rodzina. To ona próbowała nam wypeł­nić i organizować najgorszy czas. Starała się nas czymś za­jąć.

Dariusz Kućka: Wciąż mieliśmy jakieś zadania. Trzeba mieć ja­kiś cele i je realizować. Jakby człowiek usiadł i zaczął my­śleć, to po nim.

Edyta Kućka: Najgorzej było zo­stać ze swoimi myślami. Leki uspokajające tylko teoretycz­nie pomagają. Posyłałam dziewczynki do szkoły i kład­łam się spać. Im dłużej siedzia­łam w domu, tym było gorzej. Trzeba się czymś zająć, a póź­niej przeżyć pierwsze wyjście na cmentarz, pierwsze urodzi­ny Patryka i święta bez niego, pierwszą rocznicę śmierci. Po­tem nie jest łatwiej, ale przy­najmniej można już o swoich przeżyciach mówić

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *