Magnetyzm leczniczy na odległość: łatwy, szybki, popłatny…
Magnetyzm poprzez nakładanie rąk, twarzą w twarz z pacjentem, był dotąd najpowszechniej stosowaną formą tej terapii. Jednak od kilku lat na naszych oczach rozkwita nowa jej „technika” – magnetyzm na odległość. Obecnie we Francji dziesiątki tysięcy osób poddają się leczeniu, spokojnie siedząc w domu – magnetyzer otrzymał i ma w pobliżu fotografię pacjenta, a przy niej dowód zapłaty – średnio 70 euro. „Pracując”, bierze fotografię do ręki i magnetyzuje ją drugą ręką. Ma do wyboru dwie możliwości – albo odsyła takie „namagnetyzowane” zdjęcie klientowi, zalecając nosić je przy sobie, na przykład wsunięte do portfela czy też byle jak wsunięte do kieszeni (mag Toe-Guor stosuje tę technikę wobec sportowców), albo przechowuje je w szafce (przez kilka dni, miesięcy, czy też… „na zawsze”). Najważniejsze z punktu widzenia magnetyzera jest powiadomienie klienta, iż co wieczór będzie o stałej porze magnetyzował fotografię, zupełnie jakby odbywał… korespondencyjny seans magnetyczny. Natomiast klientowi pozostaje cierpliwie i z wiarą czekać w domu na poprawę samopoczucia. Domyślamy się, że część magnetyzerów prowadzi tę działalność, ponieważ wielu pacjentów chętnie się na to godzi (a nawet domaga się tego). Wydaje się też, że wszystko tu wymyka się spod kontroli.
Czy uprawianie takiej terapii nie jest poważnym nadużyciem wobec pacjentów?
Namagnetyzowane przedmioty do wyboru!
Coraz liczniejsza grupa osób szukających pomocy u magnetyzerów najwyraźniej nie zadowala się klasycznymi „passami magnetycznymi”, jakie wykonują terapeuci nad częścią lub całym ciałem chorego. Coraz chętniej sięgają (czasem usilnie się tego domagając) po „namagnetyzowane” przedmioty, które mogą zabrać, wychodząc z gabinetu. Chodzi o rzecz, na której magnetyzer złożył dłoń „naładowaną fluidem witalnym”. Na ogromnym straganie namagnetyzowanych gadżetów możemy znaleźć wodę (której czasami przypisuje się tak cudowną moc, jak wodzie z Lourdes), waciki, chusteczki, medaliony, gwiazdy pięcioramienne.
Można by jednak pomyśleć, że szczyty absurdu osiągnięto w tej domenie we Francji. Dlaczego tak twierdzę? Z powodu pewnego drobnego wydarzenia, o którym informowała cała francuska prasa, a które miało miejsce 12 grudnia 1985 roku. Głównym bohaterem tej historii jest pewien hotelarz, René S., czterdziestoczteroletni mieszkaniec Villeneuve d’Aveyron, który w wolnych chwilach grał rolę uzdrowiciela. Jego specjalność to magnetyzm.
Od dziesięciu lat człowiek ten prowadził praktykę na zapleczu restauracji. I na pozór nie powodowało to żadnych problemów. Lecz pewnego dnia przyszła do niego trzydziestoośmioletnia kobieta chora na raka piersi. René S. poinformował ją że to błędna diagnoza. Jego zdaniem miała włókniaka macicy. A na tę chorobę był tylko jeden sposób – leczenie namagnetyzowaną spermą (sic!). Najlepiej – jego własną. Za osiemdziesiąt franków za seans pacjentka otrzymywała tygodniową „dawkę” uzdrowicielskiej spermy. W końcu jednak zaczęła się niecierpliwić, ponieważ seanse następowały jeden po drugim, a brak było zauważalnej poprawy. Uzdrowiciel, któremu najwyraźniej ta rola przypadła do gustu, zapewniał, że terapii niewolno przerywać. A jednak musiał ją przerwać, kiedy do „gabinetu” wtargnęła nieoczekiwanie jego małżonka, zaskakując parę podczas „zabiegu”. Pacjentka nie domagała się zwrotu kosztów „leczenia”, lecz po prostu wniosła oskarżenie o gwałty (wielokrotne), jakich podstępem dopuścił się hotelarz.
Narodziny nowej choroby
Dziś nie sposób już lekceważyć wzrostu liczby chorób, które można by nazwać „chorobami umysłowymi podatnymi na terapię parapsychologiczną”. Co kryje się pod tą nazwą? Otóż zjawisko, występujące u osób w różnym wieku i z różnych środowisk, przejawiające się coraz częstszym przekonaniem, że są one opętane lub że rzucono na nie urok czy czar.
Jeszcze niedawno tego typu choroby, zdawałoby się – rodem z innego świata (albo nawet z piekła), przytrafiały się niemal wyłącznie mieszkańcom zapadłych wiosek. W każdym razie możemy stwierdzić, że ludność wiejska nie zaprzątała sobie głowy szukaniem wyjaśnienia takich zjawisk:
„Maryśka, na którą ktoś rzucił czar”, „Jasiek, u którego siedzi diabeł” czy „Karolcia, którą nawiedzają zbłąkane duchy”! Ludzie chronili się przed złem, rozwieszając wianuszki czosnku, trzymając w każdej izbie krzyż albo, kiedy wymagała tego powaga sytuacji, zwracając się o pomoc do egzorcysty (we Francji działa ich obecnie siedemdziesięciu), którego oficjalnie delegowało biskupstwo i który przeprowadzał seans w istocie rzeczy podobny do psychoanalitycznego. Ale od kilku lat straszliwe zagrożenie – które wszak zapowiedział wielki Nostradamus – zaciążyło nad naszym światem. Współcześni, przede wszystkim mieszkańcy miast, także padli teraz ofiarą lęków, stanów depresyjnych, stresów.
Racjonalny umysł, analizując ten stan rzeczy, szukałby jego przyczyn w narastającym bezrobociu, coraz częstszych rozwodach lub przekleństwie współczesności, jakim jest skażenie środowiska.
Jednak umysły bardziej pokrętne i z pewnością bardziej oportunistyczne wskazują na znacznie trudniejsze w ocenie i irracjonalne przyczyny. Chorujesz, ponieważ znalazłeś się pod wpływem zewnętrznej siły, która rzuciła na ciebie urok. Doszedłszy do takich wniosków, trudno nie uznać, że albo jest się pod wpływem uroku, albo opętania (odłóżmy na później ustalenie różnicy między tymi dwoma pojęciami).
Tytułem dowcipu zaznaczmy, że za naszych czasów opętanie nie jest już wyłącznym przywilejem istoty ludzkiej. Opętane mogą być bowiem także przedsiębiorstwa!
Dowód? W maju 1984 roku kapitalistyczny świat osłupiał, dowiadując się, że jedna z najbardziej dynamicznych firm amerykańskich, Procter and Gamble, specjalizująca się w produkcji proszków do prania, mydeł i pieluszek (Tide, Monsavon, Spic i Pampers to jej wyroby) postanowiła zmienić wszystkie opakowania!
Co nagle ugryzło kierownictwo tej stuletniej firmy (istniejącej przecież od roku 1882), zajmującej w 1983 roku 22 miejsce wśród amerykańskich firm przemysłowych i osiągających obroty rzędu 13 miliardów dolarów, a należącej do ścisłej czołówki światowej pod względem nakładów na reklamę? Zaciekły atak ze strony najpoważniejszego konkurenta – Colgate Palmolive? Skądże znowu! Powód był całkowicie irracjonalny, wprost niewiarygodny – strach przed diabłem!
Tak, tak. A wszystko z powodu na pozór niewinnego rysunku, który widniał na każdym opakowaniu. Ten znaczek (czyli logo, jak mówią fachowcy od marketingu!) został wybrany w roku 1882, kiedy zakładano firmę. W tamtych czasach Stany Zjednoczone liczyły tylko trzynaście Stanów. Dlatego twórca logo narysował włochatego brodacza o profilu marzyciela i wpisał go w okręg, wokół którego widniało trzynaście gwiazd. To wszystko. Przez blisko sto lat przedsiębiorstwo doskonale prosperowało, zasypując planetę paczkami proszku do prania.
Działo się tak aż do roku 1976, kiedy to w Stanach Zjednoczonych pojawiły się ulotki z anonimowym traktatem, w którym pisano, iż logo stanowi niepodważalny dowód na konszachty firmy z szatanem, ponieważ postać z rysunku przypomina diabła, a wokół widać trzynaście gwiazd. Na domiar złego wszystko to zamknięto w kręgu!
Nie udało się ustalić, w jakim nawiedzonym umyśle zrodził się ten traktat. Aż nazbyt oczywiste stało się jednak, że ta złowroga kampania, którą kierownictwo Procter and Gamble traktowało początkowo z przymrużeniem oka, nasiliła się tak bardzo, że dziesiątki tysięcy konsumentów zrezygnowały z zakupu towarów oznaczonych symbolem firmy, obawiając się „uroku”! W osiem lat później, w roku 1984, rada nadzorcza spółki zmuszona była podjąć decyzję o zmianie opakowań, co wymagało kilkumiliardowych nakładów!
Trzy kategorie magnetyzerów
Kiedy choroba (opętanie) została wykryta, jej „diagnostom” pozostało już tylko zmonopolizować „leczenie”. Nazwałem tę współczesną chorobę „chorobą umysłową podatną na terapię parapsychologiczną”, ponieważ cała armia uzdrowicieli wyspecjalizowała się w leczeniu opętań. Techniki są tu bardzo zróżnicowane, ceny niemal bez wyjątku – identyczne, co oznacza po prostu – astronomiczne. Oszustwo moralne i oszustwo finansowe idą więc w parze.
W zasadzie można wyróżnić trzy kategorie uzdrowicieli, jednak nie w zależności od stosowanych technik, ale zależnie od decyzji uzdrowiciela – czy leczyć ciało, czy też duszę pacjenta.
– Do pierwszej kategorii zaliczyć można wszystkich magnetyzerów, którzy zawsze dążyli do niesienia ulgi, stosując klasyczne metody (nakładanie, passy) i zajmując się przede wszystkim ciałem chorego. W diagnostyce pomaga im często wahadełko, celem działania jest złagodzenie dolegliwości fizycznych, na które cierpi pacjent. Cena seansu, który odbywa się w gabinecie, jest porównywalna z kosztem wizyty u lekarza rodzinnego.
– Do drugiej kategorii należą uzdrowiciele, którzy leczą (lub twierdzą że leczą) na odległość ciało chorego, posługując się na przykład fotografią puklem włosów, obciętymi skrawkami paznokci. Ci uzdrowiciele nazywają swą metodę magnetyzmem na odległość lub telepatią.
Zdarzyło mi się poznać magnetyzera, który, po typowym, niezwykle ciężkim dniu pracy twierdził, że „namagnetyzował” tysiące zdjęć spoczywających w szafie w jego gabinecie. Ponieważ zapewniał, że myśli indywidualnie o każdym pacjencie, wystarczyło mi proste działanie, aby stwierdzić, że jest to fizycznie i matematycznie niewykonalne. Załóżmy na przykład, że miał do obsłużenia tysiąc klientów (a we wspomnianym przykładzie było ich znacznie więcej).
Musiałby poświęcać co najmniej pół minuty na osobę (chociaż jest to za mało). Wynik: nasz magnetyzer spędziłby całą noc na „magnetyzowaniu na odległość”, ponieważ praca ta zajęłaby mu pięćset minut, czyli osiem godzin i dwadzieścia minut!
Z pewnością zatem nie zdążyłby zmrużyć oka, a już do jego drzwi dzwoniłby pierwszy umówiony na rano klient. Cena seansu korespondencyjnego u magnetyzera drugiej kategorii „skacze” o 30 proc. w górę.
– Do trzeciej kategorii zaliczamy wszystkich tych, którzy leczą psychikę, nie zajmując się cierpiącym ciałem. Na ogół udaje się im przekonać pacjentów, że bóle, które odczuwają zaburzenia, które ich męczą złe samopoczucie na co dzień mają jedną jedyną przyczynę – opętanie.
Trzecia kategoria terapeutów nie stosuje stałych cenników, a koszt spotkania waha się od kilkudziesięciu do nawet 1000 euro (a czasami jeszcze więcej!).
Pradawna choroba przystosowana do oczekiwań nowej klienteli
W średniowieczu ten, kto chciał rzucić czar, sięgał po wyobrażenie osoby, która miała stać się ofiarą – figurkę z wosku albo z gliny (nazywano vultus, czyli twarzą), aby za jej pośrednictwem wywierać magiczny wpływ na tę osobę, wypowiadając odpowiednie zaklęcia.
Dziś uzdrowiciele nie zadowalają się już takim pojmowaniem „rzucania czarów”. Po pierwsze, wtargnęli do wielkich miast, podczas gdy ich poprzednicy działali najczęściej na obrzeżach wsi. Po drugie, nie używają już lalek, figurek, marionetek. Współcześni uzdrowiciele dysponują innymi metodami wmówienia klientowi, że został „zauroczony”. Niektórzy poddają swych klientów „niepodważalnym testom”, które mają wykazać, czy przyczyną zła jest rzucenie czaru (w rzeczywistości mamy tu do czynienia ze zręczną sztuczką magików). Inni otaczają się egzotyczną scenerią (u afrykańskich uzdrowicieli słychać dźwięki ludowej muzyki, a oni sami noszą afrykańskie tuniki). Jeszcze inni recytują magiczne formuły, odprawiają rytuały, powtarzają zaklęcia, aby odpędzić demony i zniwelować działanie czarów.
Zawsze i wszędzie diagnoza pozostaje niezmienna – jest nią „urok” pozwalający wytrącić pacjenta z równowagi psychicznej – i na ogół pomaga skłonić go do wydania astronomicznych sum u uzdrowiciela.
Powołam się na przykład pewnej pani z dobrej rodziny, osoby wykształconej, bogatej, inteligentnej, która padła ofiarą „specjalisty od odczyniania czarów”. Tymczasem jej problem był zupełnie zwyczajny – rozwiodła się z mężem, co jej syn, będący w trudnym dla każdego dziecka okresie dojrzewania, przeżywał bardzo silnie. Zamiast zwrócić się o pomoc do specjalisty, kobieta ta w pierwszym odruchu wybrała uzdrowiciela parającego się zdejmowaniem uroków. Był to fatalny w skutkach błąd. Uzdrowiciel błyskawicznie zorientował się, że matkę gnębi silne poczucie winy, i przekonał ją, że przyczyną cierpień jej syna jest urok (warto wyjaśnić, że urok jest przez uzdrowicieli utożsamiany z chorobą, twierdzą bowiem, że na „urok” cierpi się jak na lumbago!). Matka została zobowiązana do przyprowadzenia syna na dziesięć seansów, co kosztowało ją wówczas trzydzieści pięć tysięcy franków francuskich!
Spotkanie z Raymondem Reantem, parapsychologiem
Chcąc lepiej zrozumieć świat czarów i uroków (moglibyśmy w zasadzie nazwać go rynkiem czarów, tak dużymi – jak wyżej wspomniałem – obraca się tu kwotami), zapytałem Raymonda Reanta, specjalistę z zakresu parapsychologii, co na ten temat myśli[1]. Poniżej przedstawiam dokładną relację z rozmowy, którą przeprowadziłem z nim w jego domu w Vil- leparisis (Seine-et-Mame). Pragnę zaznaczyć, że poglądy i interpretacje Raymonda Reanta nie pokrywają się z moimi własnymi opiniami.
– Panie Reant, jest pan znany przede wszystkim jako adept psychometrii, która polega na postrzeganiu, dzięki darowi jasnowidzenia, w rzeczach i ludziach wydarzeń, które stały się udziałem owych rzeczy albo ludzi. Czy może pan wyjaśnić, jak to się dzieje?
– Psychometria (dosłownie „pomiar duszy”) jest techniką polegającą na opowiedzeniu historii obiektu z wykorzystaniem dotyku. Osobiście wolę zresztą posługiwać się terminem „psychopatotaksja”, dokładniej oddającym istotę tej metody i według mnie – właściwszym.
Aby uzyskać dobre rezultaty, mocno koncentruję się na badanym przedmiocie (broni, ubraniu, klejnocie…) i natychmiast dostrzegam obrazy, które ukazują najważniejsze chwile istnienia tego przedmiotu i jego otoczenia. Tłumacząc to zjawisko, utrzymuję, że otaczające nas rzeczy, podobnie jak istoty ludzkie, mają pamięć, w której zapisuje się istotne fakty, których są mimowolnymi i martwymi świadkami. Pewnego dnia przyniesiono mi na przykład kamień z muru zamku feudalnego, abym spróbował odkryć skarb. Ujrzałem sceny przedstawiające zabójstwo – ludzie ubrani byli w średniowieczne stroje. Jeden z nich zasztyletował kogoś. Nieco później, badając dzieje zamku, ustalono, że rzeczywiście przed wiekami popełniono tam zbrodnię. Kamień „zapisał” to zabójstwo z przeszłości, a ja wychwyciłem właśnie tę scenę!
– Podobnie jak zmarły już niestety Gerard Croiset, holenderskie medium, ma pan na swym koncie wiele sukcesów w poszukiwaniu osób zaginionych. Do tego celu wykorzystuje pan wahadełko, czyli posługuje się pan radiestezją.
– To prawda. Teraz jednak nie mam czasu, aby podejmować tego typu doświadczenia, ponieważ prowadzę kursy dla uczniów. Są to ludzie w różnym wieku i o różnym przygotowaniu. Jest to moje nowe laboratorium badawcze. Wracając do osób zaginionych, sądzę, że efekty, jakie uzyskiwałem, zawdzięczam łączeniu dwóch komplementarnych technik: jasnowidzenia i wahadełka. Jasnowidzenie pozwala przede wszystkim ujrzeć miejsce, w którym przebywa zaginiony (miasto, wieś, budynek…). Potem wahadełko, które ustawia się nad mapą drogową, pozwala dokładnie zlokalizować to miejsce. Aby uzyskać jak najbardziej precyzyjne dane, lepiej pracować nocą, wtedy bowiem mniejsza jest szansa, że poszukiwany się przemieszcza.
– Obecnie, poza pracą z grupą badawczą, większość czasu poświęca pan niesieniu pomocy ludziom, którzy cierpią z powodu opętania lub rzucenia uroku. Czy są to zjawiska rzadko spotykane i jak pan sobie z nimi radzi?
– Wbrew powszechnemu przekonaniu przypadki opętania lub rzucenia czaru są w naszym społeczeństwie częste. Lecz ludzie, których to dotknęło, na ogół milczą. Proszę mi jednak wierzyć, że takie zjawiska nie tylko się zdarzają, ale czasami są spektakularne. Przytoczę dwa zdumiewające przykłady. Przedtem warto jednak zdefiniować oba pojęcia, ponieważ istnieje między nimi zasadnicza różnica.
Rzucenie czaru to działanie zewnętrzne, dokonane przez osobę, która pragnie komuś zaszkodzić. Mówi się czasem, że „ktoś rzuca czar (urok)”. Rzucenie czaru przejawia się zaburzeniami wewnętrznymi, silnym zmęczeniem, od którego nie sposób się uwolnić. Kiedy osoba, która jest ofiarą uroku, zwraca się do lekarza, ten często dostrzega w niej tylko zdrowego człowieka w dobrej formie.
Natomiast opętanie polega na wcieleniu istoty obcej w jestestwo podmiotu. Mówi się wówczas, że ów obcy byt zawładnął czyimś ciałem. Żeby położyć kres temu zjawisku, albo odprawia się egzorcyzmy (co oficjalnie robią księża), albo używa się telepatii (tym właśnie ja się zajmuję).
– Czy mógłby pan opowiedzieć nam o dwóch przypadkach rzucenia czaru i opętania, z którymi zetknął się pan osobiście, jako osoba mająca rozwiązać ten problem?
– Oczywiście. Pierwszy można by określić jako czary zza grobu. Pewnego dnia przyszła do mnie pięćdziesięcioletnia kobieta. Na jej oczach, w jej własnym domu zaczęły się dziać dziwne rzeczy – żarówki przepalały się gwałtownie, na upranej bieliźnie pojawiały się żółte plamy, zegary były rozregulowane… Najgorsze jednak było krzesło jej męża, które pozostawiało ślady zadrapań na ciele każdego, kto na nim usiadł. Wydało mi się oczywiste, że wszystkie te problemy wiążą się z nieustannymi kłótniami między kobietą a jej mężem. Przeprowadziłem swoje śledztwo i doszedłem do wniosku, że to właśnie ten niedawno zmarły mąż rzucił czar, aby zemścić się na niej zza grobu! Zdołałem odłączyć sprawcę czaru, przecinając pomost fal myślowych, jaki wiązał żonę z mężem. Zaraz potem zadziwiające wydarzenia w domu ustały, a kobieta odzyskała pogodę ducha.
Drugi przykład dotyczy osoby opętanej przez przywódcę sekty. Któregoś dnia usłyszałem gwałtowne pukanie do drzwi. Otworzyłem i stanąłem twarzą w twarz z dwoma młodzieńcami, którzy podtrzymywali roztrzęsioną, bliską wybuchu dziewczynę. Sprawiała wrażenie osoby, która wpadła w tarapaty. Poprzedniego dnia uciekła z sekty. Ale kiedy stamtąd odchodziła, przywódca sekty przepowiedział jej, że wkrótce pożałuje, że nie wytrwała. Zaprosiłem ją do salonu, żeby opowiedziała mi o swych przeżyciach. Pracowałem wtedy z dwoma lekarzami, którzy mogą potwierdzić prawdziwość tej historii. Nagle jakaś nieznana moc rzuciła dziewczynę na podłogę, z jej policzka pociekła struga krwi. Potem, niemal męski głos wydobył się z jej ust – wrzeszczała, zalewając nas potokiem słów, które wydawały się pochodzić od kogoś innego. Dziewczyna rzeczywiście została opętana przez szefa sekty, który się w nią wcielił. Żeby uwolnić ją od tego umysłowego i fizycznego zniewolenia, dokonałem telepatycznego rozdwojenia, którego celem było zmuszenie sprawcy opętania do zaprzestania działań. Wtedy dziewczyna uspokoiła się; mogła wrócić już do rodzinnego domu, otrząsnąwszy się z tak potwornego koszmaru.