Blog

Cuda ojca Pio

Kilka lat później pewien zakonnik (tym razem prawdziwy i szczery), ojciec Pio, który urodził się w roku 1887, a zmarł w 1968, zadziwił świat nauki darem wszechobecności (ubikwizmu), dzięki któremu mógł pojawiać się równocześnie w dwóch miejscach, stygmatami Chrystusowymi, które miał na ciele, a także dużą liczbą uzdrowień pośród wiernych. Do­konywał ich, modląc się i błogosławiąc poprzez nakładanie dłoni. Zresztą właśnie ten gest sprawił, że uznano go za ma­gnetyzera, chociaż nie posługiwał się żadną z technik stoso­wanych zwykle przez profesjonalnych magnetyzerów.

Francesco Forgione, który święcenia kapłańskie przyjął w maju roku 1910, mając 23 lata, nigdy nie pełnił oficjalnej funkcji uzdrowiciela. Przez całe życie jednak niósł ulgę w cierpieniu i przywracał zdrowie tysiącom chorych. Nie po­trzebował specjalnych technik – czasem dokonywał tego my­ślą czasem dotykając chorego dłońmi, czasem modląc się…

W książce Prawdziwe oblicze ojca Pio Maria Winowska opisuje przypadek małżeństwa, którego dziecko cierpiało na wrodzoną wadę serca i sinicę wrodzoną.

 

Ze strachu przed mężem pani M. nie praktykowała, lecz w głębi serca zachowała resztki wiary. Dlatego, uznając to za ostatnią deską ratunku, postanowiła zwrócić się o po­moc do ojca Pio i poprosiła męża, by na to przystał. Męż­czyzna wpadł w gniew, po zastanowieniu jednak powie­dział: „ W końcu on może być czarownikiem albo dobrym znachorem

Postanowili wziąć kilka dni wolnego i wsiedli do wypo­życzonego na tę wyprawę starego samochodu – ojciec, matka, babka, dziecko i pies. Jak powiedziała mi potem matka, „ nie było z kim zostawić psiaka W czasie podróży dziecko wiele razy słabło. Kiedy jechali przez Alpy, bieg­nącą grzbietem górskim drogą, dostało krwotoku. Było bliskie śmierci. „ Tyle było skrzepów krwi, opowiadała pa­ni M., że popadliśmy w przerażenie”.

Wreszcie jednak dotarli do San Giovanni Rotondo. Chło­piec, bliższy śmierci niż życia, wszedł wraz z ojcem do za­krystii, gdzie ojciec Pio przyjmował „ tylko mężczyzn Tłum ludzi. Ojciec Pio natychmiast spostrzegł nowo przybyłych. Podszedł i ze „srogą” miną rzekł do dziecka: „ Taki z ciebie chory jak ze mnie! ” Dłonią w rękawiczce uderzył go w sa­mo serce. A potem rzucił: „A teraz idźcie stąd! Via, Via!”

Ojciec był oburzony. „ Gdyby pani słyszała, jak mnie be­ształ, wychodząc z kościoła! ”, wzdycha pani M. Wszystko przez ciebie! Na próżno tu przyjechaliśmy!

I natychmiast ruszyli w drogę powrotną. Dziecko czuło się fatalnie. Ojciec klął i złorzeczył. Jednak, kiedy przekro­czyli granicę, nastąpiła poprawa. Gdy dotarli do domu, Bernard (tak nazywał się chłopiec), wbiegł po schodach na trzecie piętro. Już nazajutrz zdumieni lekarze uznali go za wyleczonego. Po wrodzonej sinicy nie było nawet śla­du. A serce „ urosło

O  tym wszystkim drobiazgowo opowiedziała mi dzielna pani M. (pokazując na poparcie słów zaświadczenia lekar­skie). Pozwoliłam sobie zapytać:

-Co na to pani mąż?

-Odmienił się, nawrócił. Świętował nawet Wielkanoc!

-A więc jest pani zadowolona?

-Oczywiście, wszyscy jesteśmy szczęśliwi! Przez ostat­nie trzy miesiące mały przybrał sześć kilogramów. Jest tyl­ko jeden problem- zjada po dwa befsztyki dziennie! Rozu­mie pani, że przy zarobkach mojego męża…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *